Reklama

Reklama

Piotr Lisek czaruje w skoku o tyczce. Rekordzista Polski ma rezerwy w diecie

Furorę w świecie sportu robi 24-letni skoczek o tyczce Piotr Lisek, z tytułem lekkoatlety stycznia na Starym Kontynencie w plebiscycie "European Athletics", który jako pierwszy Polak przeskoczył magiczną barierę 6 metrów. Z gratulacjami pospieszyła nawet Anna Lewandowska, znana dietetyczka, z którą sportowiec niegdyś nawiązał współpracę.

Po historycznym wyniku, ustanowionym podczas mityngu w Poczdamie, Lisek otrzymał niezliczoną ilość gratulacji, a jego telefon rozgrzewał się do czerwoności. Podbój tabel Piotr Lisek rozpoczął od ustanowienia rekordu Polski (5.92m), zarazem ustanawiając najlepszy w tym roku wynik na świecie. Pochodzący z Dusznik (woj. wielkopolskie) lekkoatleta nie spoczął na laurach i dziesięć dni później, w Niemczech, błysnął skokiem na dotąd niebotycznej wysokości dla "Biało-czerwonych". Szybując nad poprzeczką zawieszoną na szóstym metrze, rodak wskoczył do elitarnego grona zawodników w dziejach tyczki.

Reklama

Równolegle z rozpływaniem się nad osiągnięciem Liska, niektórzy zaczęli kwestionować jego gabaryty. Rosły lekkoatleta, przy 194 cm wzrostu, waży około 96 kilogramów. - Jestem świadomy, że trwa dyskusja w tym temacie, ale mnie to nie przeszkadza. A ponieważ rzadko ściągam koszulkę na treningach, pozostaje mi zapewnić, że nie jestem otłuszczony. Nie jestem grubaskiem, który bierze kija, rozpędza się i skacze. Mam taką, a nie inną posturę, stąd tyle kilogramów - uśmiecha się główny zainteresowany.

Lisek nie wyklucza, że kiedyś zdecyduje się na korektę wagi. Jak zapewnia, z chudnięciem nie ma absolutnie żadnego problemu, ale nie zdecyduje się na ten krok tylko dlatego, by przypodobać się malkontentom. - Jeśli będę wiedział, ze stuprocentową pewnością, że pozbycie się 4-5 kilogramów miałoby przełożyć się na skoki o kilka centymetrów wyższe, wówczas nie będzie z tym żadnego problemu. Zostawiam sobie taką furtkę na przyszłość, więc jeśli kiedyś zdecyduję się schudnąć, to wtedy będę sumiennie trzymał dietę - deklaruje sportowiec.

Okazuje się, że sportowiec już próbował unormować swój jadłospis, a miała mu w tym pomóc Anna Lewandowska, żona Roberta. Skoczek nawiązał współpracę z wziętą dietetyczką, ale efekt był mizerny. Co najważniejsze, nie z winy pani Anny. - Szczerze mówiąc, nigdy nie lubię o tym rozmawiać, bo nie wiem, jak to odbiera Ania. Dlatego, że być może jestem jej jedynym podopiecznych spośród sportowców, który nie przeszedł jej diety - twierdzi lekkoatleta.

Lisek, jak na zawodowca przystało, nie ucieka się do banalnego tłumaczenia, tylko bije się w pierś. - Jestem niepokorny, więc jest to tylko i wyłącznie moja wina. Uważam Anię za bardzo kompetentną osobę, która dokładnie wie, co robi. Zresztą jej mąż Robert jest tego doskonałym przykładem. Myślę, że stosowanie się do jej zaleceń mogłoby dać mi parę centymetrów, ale póki co nie dałem się okiełznać. Ania jest superciepłą osobą, która dokłada wszelkich starań, żeby były efekty. Moje sportowe życie, na jej diecie, pewnie byłoby lepsze, ale do tego jeszcze się dystansuję. Może dlatego, że wciąż mam także inne rezerwy, jak choćby deficyt w technice, więc na razie wolę iść w te braki - tłumaczy Lisek.

Od czasu współpracy Lisek z Lewandowską pozostają znajomymi, stąd nie może dziwić, że sportowiec doczekał się wyrazów uznania po skoku na wysokość 6 m od żony naszego najlepszego piłkarza. - To prawda, Ania wysłała gratulacje, a dokładnie chyba przez Monikę Pyrek (trzykrotna medalistka mistrzostw świata w skoku o tyczce - przyp.), bo obie panie są na stopie przyjacielskiej. Zresztą to właśnie dzięki Monice miałem okazję kontaktować się z Anią. Z tego, co wiem, ona nadal "żyje" moimi skokami i wciąż mi kibicuje - zdradza Lisek.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Lisek | anna lewandowska | Monika Pyrek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama