Reklama

Reklama

Pech nie opuszcza Marka Plawgi

Pech nie opuszcza Marka Plawgi. Od lat do sezonu przygotowuje się walcząc z bólem. Również w tym roku zdrowie mu nie dopisuje. Nadal ma jednak nadzieję, że do sierpniowych mistrzostw świata w Berlinie uda się nie tylko uzyskać minimum (49,25), ale także osiągnąć odpowiednią formę, by awansować przynajmniej do finału.

"Niedawno stwierdzono u mnie pierwsze symptomy artrozy, choroby zwyrodnieniowej stawów. Tak naprawdę z wiekiem dotyka ona wszystkich i nie da się jej wyleczyć; można jedynie próbować załagodzić jej objawy i właśnie to próbuję robić. Od wtorku rozpoczynam w Łodzi u doktora Krochmalskiego serię zastrzyków. Czy metoda będzie skuteczna okaże się niebawem" - powiedział PAP brązowy medalista mistrzostw świata z Osaki (2007).

Tak wczesne pojawienie się artrozy jest wynikiem mechanicznych uszkodzeń, których u Plawgi nie brakowało. Bolący staw skokowy był już cztery razy operowany, wielokrotnie również skręcony lub zwichnięty. Jak podkreślił jednak sam zawodnik nie przeszkodziło mu to za bardzo w zajęciach. "Ból ogranicza mi wprawdzie trening płotkarski, ale nie odpuściłem żadnego z nich".

Reklama

Skąd zatem słabe, jak na rekordzistę Polski na 400 m przez płotki (48,12) wyniki w obecnym sezonie - 50,19 w Bydgoszczy 10 czerwca, 49,59 tydzień później w Ostrawie i 51,06 w portugalskiej Lerii 20 czerwca?

"Staw skokowy jest uszkodzony i nie ma tu żadnych wątpliwości. Wiąże się to z tym, że skróciła mi się długość kroku, odbicie nie jest mocne i ciągle brakuje tych paru centymetrów do płotka. To znacznie wypacza technikę i bardzo utrudnia utrzymanie rytmu" - wyjaśnił.

Inaczej sprawa wygląda na dystansie płaskim. "Tutaj można sobie bezkarnie skrócić krok i wynikowo nie ma wtedy zbyt wielkich różnic. Szybkościowo wyglądam naprawdę całkiem nieźle, dlatego wiem, że jestem w stanie osiągnąć niezły wynik. Jest na czym bazować" - dodał Plawgo.

Skoro nie wychodzą biegi przez płotki, a nieźle to wygląda bez nich, może warto byłoby zająć się w tym roku rywalizacją na 400 m? "Mój rekord życiowy na płaskim dystansie wynosi 45,35. Nawet gdyby udało mi się pobiec 45,00 to nie mam czego szukać w mistrzostwach świata. Pewnie nie dostałbym się nawet do finału. Wiem z kolei, że jestem w stanie osiągnąć wynik 48,50 na 400 m przez płotki, co da z pewnością miejsce w ósemce najlepszych na świecie. A w finale, jak to w finale - gdy biegnie się bez kompleksów może się wydarzyć wszystko" - przyznał mieszkający we Wrocławiu lekkoatleta Warszawianki.

Plawgo nie wyobraża sobie sytuacji, by mogło go zabraknąć w stolicy Niemiec. "Jeśli będzie trzeba wystartuję w jakimś mityngu na 400 m, by udowodnić swoją przydatność do sztafety 4x400 m. Mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby i trener Józef Lisowski na podstawie mojego wyniku na 400 m ppł będzie mógł zakwalifikować mnie do udziału w biegu rozstawnym. Wielokrotnie przecież tak już się działo" - przypomniał szósty zawodnik ateńskich i pekińskich igrzysk.

Wicemistrz Europy z Goeteborga zaskoczony jest wynikami na 400 m ppł w mistrzostwach USA, w których wygrał Bernshaw Jackson (48,03) przed Johnnym Dutchem (48,18) i mistrzem olimpijskim z Syndey i Pekinu Angelo Taylorem (48,30).

"Rezultaty nie są powalające. W mistrzostwach USA padają z reguły wyniki znacznie poniżej 48 s. Tam jest wielka rywalizacja o miejsce w reprezentacji, ale już w zeszłym roku przed igrzyskami w Pekinie Amerykanie pokazali, że są w stanie w krótkim czasie poprawić się nawet o sekundę" - ocenił.

Od wtorku Plawgo będzie przebywać na zgrupowaniu w Spale i "wyskakiwać" do Łodzi. Czeka jeszcze na potwierdzenie udziału w mityngu w Madrycie (4 lipca), a na pewno wystąpi 10 lipca w Złotej Lidze w Rzymie. Minimum PZLA na sierpniowe mistrzostwa świata na 400 m ppł wynosi 49,25 i można go zdobywać do 2 sierpnia, ostatniego dnia mistrzostw Polski w Bydgoszczy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL