Reklama

Reklama

Paweł Fajdek - zmęczony, niewyspany i pełen emocji

Zmęczony, niewyspany i pełen emocji - do Pawła Fajdka (KS Agros Zamość) powoli dociera, że w poniedziałek wieczorem w Moskwie został mistrzem świata w rzucie młotem. Chodzi z telefonem przy uchu, ale - jak podkreślił - fajdkomanii nie będzie.

Urodził się 4 czerwca 1989 roku w Świebodzicach w powiecie świdnickim. Mieszka w Poznaniu, ale gdy tylko ma czas wraca w rodzinne strony. Teraz jego rodzina - mama, tata, dwa lata starszy brat i dwa koty mieszkają w małej wiosce niedaleko Żarowa. Ojciec trenował kiedyś kolarstwo, ale jego karierę przerwało wojsko, matka biegała, a brat próbował swoich sił również w rzucie młotem. Szybko jednak się poddał.

Głośno zrobiło się o Pawle Fajdku 12 sierpnia, gdy miał 24 lata dwa miesiące i osiem dni. Został najmłodszym mistrzem globu w historii swojej konkurencji.

Reklama

"Chodzę z telefonem przy uchu, ciągle ktoś coś chce, mam już umówione liczne spotkania. Jestem potwornie zmęczony, spałem krótko. Gdy po powrocie do hotelu odpaliłem komputer, miałem już sto zaproszeń do grona znajomych na Facebooku. Szaleństwo, ale fajdkomanii nie będzie - bez przesady" - powiedział.

Dla niego poniedziałkowy konkurs nie był niczym szczególnym. "Jak kończyłem te zawody to czułem się dokładnie tak samo jak po każdych innych udanych konkursach. Teraz już wiem, że mistrzostwa świata rozgrywają się w głowie. Ranga rangą, ale trzeba startować jak zawsze. Nie można się przejmować tym, co się dzieje dookoła" - zaznaczył.

Złoty medalista nie zrobił nawet rundy honorowej z biało-czerwoną flagą. "Zostawiam to na igrzyska" - tłumaczył.

Po przyjeździe do hotelu czekała na niego grupa kibiców z Wrocławia. "Nie spodziewałem się tego. Potem się okazało, że biegli nawet za autokarem, żeby mnie zobaczyć. Zaśpiewali kilka piosenek, porobiliśmy zdjęcia, rozdałem autografy. Tylko ochrona była trochę zdenerwowana" - mówił z uśmiechem podopieczny Czesława Cybulskiego.

Mimo wszystko ma wiele w sobie nadal pokory. "To dopiero mój pierwszy medal. Bardzo trudno będzie dogonić kolegów - Tomka Majewskiego, Szymona Ziółkowskiego czy Piotra Małachowskiego, który we wtorek dorzuci kolejny medal do swojej kolekcji. Ja jestem jeszcze młody i parę lat przede mną" - podkreślił.

Rocznie oddaje ok. 5000 rzutów na treningach. Jak zaczynał było tego ok. pięciu dziennie. "I byłem w szoku jak się okazało, że trzeba znacznie ciężej trenować". Teraz już wie, że młot to bardzo trudna konkurencja. "Siedzi" w tym dziesięć lat i wie, że do perfekcji jeszcze mu daleko.

Jego pierwszą inspiracją był Szymon Ziółkowski oraz trenerka Jolanta Kumor. "Naganiała się za mną. Długo starała się mnie nakłonić do trenowania. Początkowo robiłem wszystko - biegałem, skakałem, rzucałem. Przełomowym momentem był rok 2001, kiedy przyjechał do naszej gminy "Ziółek". Został właśnie w Edmonton mistrzem świata. Dzięki niemu zaczęła się cała przygoda i powstał klub Zielony Dąb Żarów. Moje pierwsze stypendium starczało na gumę do żucia, wynosiło 60 zł, dlatego też dziękuję rodzicom, że wspierali mnie finansowo" - wspomniał.

Gmina, w której mieszkał stawała się coraz bardziej zadłużona. Pieniędzy na sport zabrakło. "Musiałem znaleźć nowy klub. Daliśmy z trenerką ofertę i... zgłosił się Agros Zamość. To był 2008 rok" - dodał.

Wówczas już wiedział, że chce być wielkim zawodnikiem. Parę lat wcześniej nie był tego wcale taki pewny. Zwłaszcza po obozie w Poznaniu, na który pojechali w 8-10 chłopaków. Spotkali tam Czesława Cybulskiego. Trener oceniał, który z nich się nadaje do rzucania młotem.

"Ja należałem do tych, którzy się nie nadawali. Jak widać czasami jest się miło pomylić. Trzy lata później trener chciał, żebym przyszedł do niego do Poznania. Wtedy się nie zgodziłem, bo inaczej układałem sobie życie. Miałem przeprowadzić się do Warszawy. Tak się nie stało i po kolejnych dwóch latach, gdy już nie mieliśmy żadnych warunków na to, by przygotowywać się do igrzysk u siebie w gminie, doszliśmy z trenerką do wniosku, że należy zrobić krok w kierunku dalszego rozwoju. Wtedy zapadła decyzja o tym, by przenieść się do Poznania i podjąć współpracę z panem Cybulskim" - przypomniał Fajdek.

To był marzec 2010 roku. Dwa lata później przed wylotem na igrzyska w Londynie był wymieniany wśród kandydatów do olimpijskiego medalu. Stało się jednak inaczej. Nad Tamizą spalił wszystkie rzuty w eliminacjach i finał oglądał z trybun. Wielu postawiło wówczas na nim krzyżyk.

Z 78-letnim Cybulskim nie zawsze się zgadzają. Obaj są zodiakalnymi bliźniakami, mają swoje zdanie. W nawiązaniu odpowiednich relacji pomagał im nawet psycholog Nikodem Żukowski.

Na samym początku trener nie obiecał mu jednak medali. "Za to powiedział, że czeka mnie ciężka praca, a jeśli będę ją wykonywać rzetelnie to jest szansa, że osiągnę sukces. To się sprawdziło" - przyznał Fajdek.

Na razie wszystkie medale gromadzi na komodzie w salonie. "Dużo się tam jeszcze zmieści" - dodał.

Fajdek nie jest typowym zawodnikiem. Francuscy komentatorzy nazwali go nawet cudakiem. "Dlaczego młociarz ma być łysy, brzydki i nieogolony? Ja noszę kolczyki, farbowałem włosy, rzucam w okularach, co też zdarza się rzadko. Wyróżniam się. To też jest mój plus" - uważa.

Ma cztery kolczyki - trzy w uchu i jeden w języku. Sprawił je sobie w nagrodę po... wycięciu migdałów, ale dopiero wówczas jak skończył 18 lat. Wcześniej nie pozwalał mu na to ojciec. W wolnym czasie uwielbia grać w koszykówkę. Od połowy września do grudnia występuje nawet w amatorskiej lidze w Żarowie. Słucha rapu, ogląda horrory i... uwielbia wygrywać.

We wtorek o godz. 16.50 na stadionie Łużniki wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego, a na szyi pięknie się mu prezentował złoty medal mistrzostw świata. Nie ostatni - jak twierdzą eksperci. "Stawałem już na podium, m.in. wygrywając młodzieżowe mistrzostwa Europy czy Uniwersjadę. Myślałem, że wiem, jakie to uczucie, gdy grają Mazurka dla mnie. Okazało się, że to było coś szczególnego. Cały się trzęsę. Nie potrafię tego opanować" - przyznał tuż po dekoracji.

Przed wejściem na najwyższy stopień podium pocałował go i zrobił ukłon w stronę publiczności.

"Nie planowałem tego wcześniej. To wyszło całkowicie spontanicznie. Chciałem podziękować Rosji, że tak dobrze mnie przyjęła i pozwoliła wygrać" - dodał.

Po dekoracji długo rozdawał autografy. Zszedł także na chwilę do dziennikarzy, ale spieszył się, by z trybun dopingować Piotra Małachowskiego (WKS Śląsk Wrocław) i Roberta Urbanka (MKS Aleksandrów Łódzki) w finale konkursu rzutu dyskiem.

Obok Fajdka na podium stanęli mistrz olimpijski Węgier Krisztian Pars i Czech Lukas Melich.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne