Reklama

Reklama

Paweł Fajdek: Porażki traktuję jako dodatkowy kopniak!

- Nie traktuję porażek jako minus, tylko jak dodatkowy kopniak i motywację do tego, by trenować i startować jeszcze lepiej. Igrzyska była dla mnie ogromnym szokiem, ciosem w plecy, ale potrafiłem się podnieść i zrehabilitować w stu procentach - powiedział nam mistrz świata w rzucie młotem Paweł Fajdek.

- Nie traktuję porażek jako minus, tylko jak dodatkowy kopniak i motywację do tego, by trenować i startować jeszcze lepiej. Igrzyska była dla mnie ogromnym szokiem, ciosem w plecy, ale potrafiłem się podnieść i zrehabilitować w stu procentach - powiedział nam mistrz świata w rzucie młotem Paweł Fajdek.

Dla Pawła Fajdka, jedynego polskiego mistrza świata w lekkiej atletyce z tegorocznych zawodów w Moskwie, kończy się najbardziej udany rok w karierze. Wygrał wszystkie najważniejsze dla siebie imprezy - mistrzostwa świata, Uniwersjadę, Challenge IAAF. Polska lekkoatletyka od dawna stoi rzutami, ale po raz pierwszy Fajdek zdystansował bardziej utytułowanych rodaków: Tomasza Majewskiego, Piotra Małachowskiego, Anitę Włodarczyk czy Szymona Ziółkowskiego. 

Porównywalny sukces osiągnął Kamil Stoch, mistrz świata na dużej skoczni w Val di Fiemme. Kilkoro innych sportowców stawało na drugim stopniu podium - choćby Justyna Kowalczyk, Anita Włodarczyk, Piotr Małachowski, Marta Walczykiewicz, Krystyna Pałka, panczenistki, Radosław Kawęcki, Jarosław Hampel. Mimo wszystko drugie miejsce to jednak nie pierwsze - szczególnie cenne w lekkiej atletyce. Mimo to Fajdek nie spodziewa się, by w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" i TVP na najpopularniejszego sportowca roku odegrał wiodącą rolę.

Reklama

W ubiegłym tygodniu młociarze wylecieli na drugie zgrupowanie - tym razem do Portugalii. Przed podróżą Fajdek przeszedł jeszcze w poznańskiej klinice Rehasport badanie ścięgna Achillesa, które mu w ostatnim czasie dokuczało. Wkrótce będzie mógł jednak normalnie trenować.

INTERIA.PL: Początek grudnia to dla pana czas na leczenie urazów czy spijanie śmietanki po medalach z 2013 roku?

Paweł Fajdek: - Ani czas na leczenie, ani na spijanie. Zaczęliśmy już trenować przed nowym sezonem, ale niestety mam drobne problemy. Wynika to z dwóch ciężkich poprzednich lat, które są za mną. Teraz trenuję na połowę możliwości, a może nawet na dwie piąte tego, co powinienem robić. Niestety, zdrowia nie da się oszukać, czasem trzeba trochę odpuścić.

Za dwa miesiące rozpocznie się sezon halowy dla lekkoatletów, ale dla młociarzy chyba niekoniecznie?

- No tak, nie rzucamy w hali, choć są pomysły, by coś z tym zrobić. Pod koniec stycznie w Bydgoszczy w Pedros Cup będzie jednak konkurs rzutu ciężarkiem. W marcu w Portugalii czeka mnie zimowy puchar rzutów i tam już się można zakręcić z normalnym startem. Na dobre ruszymy jednak dopiero od maja, więc do tego czasu czeka mnie ciężka praca.

W 2012 roku miał pan igrzyska olimpijskie, w tym roku mistrzostwa świata, sezon 2014 jest chyba przejściowy. Tak go pan traktuje?

- Niekoniecznie. Są dodatkowe wyzwania, jak choćby mistrzostwa Europy, w których jeszcze nie startowałem. Jest do pobicia rekord Polski, do którego od dwóch lat się zbliżam, ale nie mogę osiągnąć. To dwa moje główne cele.

Ten sezon był pana najlepszym nie tylko z uwagi na tytuł mistrza świata, ale pod względem wyników chyba także?

- Zgadza się, dwukrotnie biłem rekord życiowy. Pod względem wyników to wygrałem wszystko co najważniejsze w świecie, choć można przyczepić się do mityngów, które były słabe lub bardzo słabe, bo zerowe. Na szczęście imprezy docelowe wyszły na duży plus. W skrócie powiem tak: sezon życiowy i przełomowy.

Przed igrzyskami w Londynie świetnie spisywał się pan na mityngach i był jednym z faworytów, a tymczasem spalił eliminacje. Teraz było odwrotnie - słabiej w mityngach, za to złoto w Moskwie. Czy to efekt większego doświadczenia, innego nastawienia w głowie?

- Nie. Teraz przeszkodziła mi kontuzja, która przyplątała się w kwietniu. To kluczowy miesiąc, najtrudniejszy okres, bo już byłem w formie po zimowym pucharze rzutów. Tymczasem straciłem miesiąc bez właściwego treningu. Stąd tak różne starty, bo szykowałem się na Moskwę, a nie mityngi, w których uczestniczyłem.

Przed startem w Moskwie zdążył już pan zapomnieć o nieudanym starcie w Londynie?

- Nie traktuję porażek jako minus, tylko jak dodatkowy kopniak i motywację do tego, by trenować i startować jeszcze lepiej. Igrzyska była dla mnie ogromnym szokiem, ciosem w plecy, ale potrafiłem się podnieść i zrehabilitować w stu procentach.

Teraz może Pan liczyć na laury po złocie z Rosji, bo w plebiscycie na sportowca roku nie powinno być zbyt wielu konkurentów do podium?

- Nie oszukujmy się, zaczyna się zima, skoki, biegi narciarskie. Nie spodziewałbym się rywalizacji o czołowe miejsca. Już poprzedni rok, olimpijski, pokazał, że dwukrotny mistrz olimpijski nie potrafił wygrać tego plebiscytu. To z czym startuje mistrz świata?

Nie przesadzajmy, tytuł mistrzowski w porównywalnej konkurencji zdobył jeszcze tylko Kamil Stoch...

- Tak, ale pamiętajmy, ze to plebiscyt na najpopularniejszego, a nie najlepszego sportowca. W mediach rządzi zima i chyba od ośmiu lat to sporty zimowe wygrywają. Mamy czysty obraz, jak to wygląda.

A młociarz może być w Polsce najpopularniejszym sportowcem?

- Jeśli by to wszystko dobrze poukładać w mediach, odpowiednio nagłośnić, to oczywiście, że może. Wszystko zależy od tego, jak odbierają cię kibice, jak głosują, kogo lubią najbardziej. Popatrzmy na Piotrka Żyłę. Całe życie skakał średnio, zaczęło mu wychodzić, media podchwyciły jego wesołe wypowiedzi i został ogromną gwiazdą. Dzięki telewizji i formie sportowej, która mu pomogła. Teraz zaczął sezon od dobrych skoków, mi to się podoba, także śmieszy, bardzo go lubię. Jak widać, media pomagają w kreowaniu odpowiedniej twarzy.

Jego fanpage też pan polubił?

- Nie wiem, czy polubiłem, ale na pewno ma tam ponad 600 tys. zwolenników. Justyna Kowalczyk ma ich 260 tysięcy, może niecałe 300 (w rzeczywistości stronę Żyły polubiło 634 tysiące osób, a Kowalczyk - 250 - red.). Piotr swoimi wywiadami i humorem zyskał powszechną sympatię.

W Japonii Koji Murofushi był najpopularniejszym sportowcem, jemu się udało.

- Zgadza się, Koji był w Japonii numerem dwa, za ich głową państwa. Najbardziej rozpoznawalną postacią przez wiele lat, czołowym młociarzem świata, do tego niezmiernie sympatyczną osobą. W swoim kraju wystąpił w kilkudziesięciu reklamach. Był traktowany w Japonii jak książę i tak już pewne zostanie.

Jak będą wyglądały pana przygotowania do sezonu?

- Od środy jesteśmy w Portugalii na pierwszym zgrupowaniu klimatycznym. Później leocimy do RPA, następnie znów Portugalia i praktycznie do kwietnie będziemy siedzieli tam, gdzie jest ciepło. Musimy oddawać rzuty na zewnątrz, sala nam nie pomaga, stąd tak częste wyjazdy.

Mistrzostwa Europy, drużynowe mistrzostwa Europy, mistrzostwa Polski, Grand Prix - na co się pan nastawia?

- Na pewno ciężko będzie obronić pierwsze miejsce w Challenge'u IAAF, Kristian Pars będzie się chciał zrewanżować. Poza tym, nasze mistrzostwa Europy właściwie nie różnią się od mistrzostw świata, oprócz tego, że nie będzie Japończyka. A krajowe mistrzostwa to bardzo ważny w ujęciu psychologicznym start - w tym roku byłem dopiero trzeci, teraz muszę coś pokazać. Jest o co walczyć, byle tylko w zdrowiu wytrwać.

Pobicie rekordu Polski Szymona Ziółkowskiego to realna rzecz? Na razie brakuje Panu 111 cm.

- Do tej pory byłem strasznie do tyłu z techniką, nie pozwalała mi rzucać tak daleko. Jeśli jednak będę miał dodatkowy kwiecień, by nad tą techniką popracować, to postaram się w połowie sezonu zbliżyć do takiego rezultatu około 83 metrów. A jeżeli będę w optymalnej formie, to będzie szansa go poprawić.

Trener Czesław Cybulski wyszkolił i wychował także Szymona Ziółkowskiego czy Anitę Włodarczyk, mistrzów świata, ale później się rozstawali z powodu konfliktu charakterów. Jak będzie z panem?

- Charaktery mamy dość podobne, trener ma trudny, ja mam trudny. I to chyba największy plus w tym wszystkim. Nie ma prawdziwego małżeństwa bez kłótni, nic nas nie dziwi, nie zaskakuje. Takie jest życie, że trzeba rozmawiać jak dwóch facetów, a nie jak trener z dzieckiem, bo niekiedy tak jesteśmy jako sportowcy traktowani.

Rozmawiał: Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL