Odrodzenie Piotra Liska. Polak właśnie wskoczył na mistrzostwa Europy
Przez pechowy splot wydarzeń - pęknięta tyczka podczas skoku, kontuzja dłoni - Piotr Lisek stracił w lutym możliwość występu w halowych mistrzostwach świata. Szczególnie ważnych, bo w Toruniu, a przecież 12 lat wcześniej nie miał też szansy startu w Sopocie. W niedzielę w Dusznikach zaplanował zaplanował pierwszy start od tamtego czasu - w mityngu "Lisek w Domu", który sam od kilku lat współorganizuje. Wynik 33-latka zaskoczył chyba nawet jego samego - to najlepszy skok od... 673 dni.

Właśnie w Dusznikach, dużej wsi między Pniewami a Bukiem w Wielkopolsce, Piotr Lisek się urodził i wychował, choć główne kroki w rozwoju kariery stawiał już w Poznaniu. Od 2018 roku wraca jednak w rodzinne strony z zawodami, których jest współorganizatorem.
Na tegoroczny mityng do Dusznik przyjechał m.in. Renaud Lavillenie - były rekordzista świata (6.16 m), od którego wyżej skakali tylko Armand Duplantis i Emanuil Karalis. Jesienią skończy 40 lat, ale wciąż potrafi błysnąć. W poprzednim sezonie zaliczył 6.91 m, regularnie skakał 6.82 m, w Tokio znalazł się wśród ośmiu najlepszych tyczkarzy świata. To wyniki, o których Lisek mógł w tym okresie pomarzyć.
Rekordzista Polski miał bowiem dość ciężki okres - związany z rozstaniem z trenerem Marcinem Szczepańskim, kilkudziesięcioma nieudanymi atakami na 6.82 m, co było gwarancją kwalifikacji do MŚ w Tokio. A ten sezon halowy też zaczął się pechowo - od kontuzji już w trzecich zawodach, w "złotym" mityngu World Athletics Indoor Tour w Karlsruhe. Podczas skoku pękła tyczka zawodnika ze Szczecina, uszkodziła dłoń. "Trochę szkoda bo apetyt był... Plan startów też się nieco zmienia bo na razie nie jestem chwytny - napisał wówczas, zapowiadając krótką przerwę. Uraz okazał się jednak na tyle poważny, że wykluczył go z HMŚ w Toruniu.
Lisek w Domu, czyli największy mityng na wsi. Były rekordzista świata w Wielkopolsce
Stąd też duża niepewność co do obecnego sezonu letniego, w którym Lisek mógłby pojechać na kolejne mistrzostwa Europy - tym razem do Birmingham. Tutaj 33-latek miał właściwie pewność odpowiednio wysokiego miejsca w rankingu European Athletics, choć sama federacja dodała też wskaźnik 5.82 m jako wysokość gwarantującą start. A ten z PZLA - kluczowy dla Liska - został ustalony na 5.65 m.

- Czuję stres, ale nie wysyłajcie mnie jeszcze na emeryturę. Ja chcę się pokazać z jak najlepszej strony - mówił zawodnika KMS Szczecin w TVP Sport, tuż przed startem zawodów w Dusznikach. Nazwał je największym mityngiem na wsi. - Na samej skoczni nie będę gościnny. Nam nadzieję, ze będzie wysokie skakanie - dodał.
I słowa dotrzymał.
Lisek zaczął od rozgrzewkowego skoku na 5.35 m, później było już 5.60 i 5.65 m. Wszystkie perfekcyjne. I już mógł być pewny przepustki do Birmingham. Na 5.75 m w grze zostało sześciu tyczkarzy - w tym Lavillenie, który miał problemy na 5.50 m, a później opuścił kolejną wysokość.
Zaliczył ją od razu Francuz Ethan Cormont, a w trzeciej próbie - Łotysz Valters Kreišs. I zaraz po nim to samo uczynił Lisek - choć zahaczył poprzeczkę. Ta jednak nie spadła, a Polak na dole cieszył się tak, jakby zdobył złoto w ważnych zawodach.

- Przyznam szczerze, że nadal nie wiem, gdzie jestem. Skokowi na 5.75 m towarzyszyło duże szczęście, ale cieszę się, że dobrze udało się otworzyć sezon. Dawno tak wysoko nie skakałem - mówił później w TVP Sport. To był najlepsza zaliczona wysokość od 20 lipca 2024 roku, gdy w Hof pokonał 5.81 m. A przecież sam teraz zapewnił, że jest jeszcze spory margines, a w grę wejdą kolejne, bardziej twarde tyczki.- Minimum? Mam luźniej już trochę w głowie, a to ważne dla mnie - dodał. I zapowiedział, że przed ME wystąpi jeszcze 5-6 razy w kraju.
Zawody wygrał Cormont, bo 5.75 m zaliczył od razu. A Lisek pokonał Kreišsa, gdyż Łotysz miał wcześniej zrzutkę na 5.65 m.
Bartosz Marciniewicz i Paweł Pośpiech zajęli 9. i 10. miejsce - obaj zaliczyli 5.20 m.












