Reklama

Reklama

Najsłabsze mistrzostwa Polaków od lat? Prezes Olszewski: Szanse są dość skromne

Reprezentanci Polski rozpoczynają dzisiaj w Eugene w Stanach Zjednoczonych walkę o medale mistrzostw świata, które dla wszystkich są tegoroczną imprezą docelową. O ile Amerykanie chcą na swoim terenie, będąc po raz pierwszy gospodarzem tej rangi zawodów, pokazać swoją absolutną siłę, o tyle w polskim obozie są obawy, że w Oregonie poczujemy powiew... Moskwy, nawiązując do liczby medali zdobytej przed dziewięcioma laty w stolicy Rosji.

W ostatnich kilkunastu latach polscy kibice "królowej sportu" mają mnóstwo powodów do radości, bo wielu reprezentantów Polski regularnie zdobywa medale na największych imprezach lekkoatletycznych globu.

Trzy ostatnie światowe czempionaty, począwszy od MŚ w Pekinie w 2015 roku, to wysyp medali "biało-czerwonych". W stolicy Chińskiej Republiki Ludowej Polacy wywalczyli osiem medali, w tym aż trzy złote. Dwa lata później, w Londynie, pod względem ilościowym dorobek był identyczny, czyli znakomity, a i niewiele słabszy jakościowo, bo wprawdzie jedno złoto "odpadło", za to przybyło miejsce na drugim stopniu podium.

Reklama

Majewski: Jesteśmy trochę rozwydrzeni przez ostatnie lata

Trzy lata temu w Katarze, skąd niżej podpisany miał przywilej relacjonować mistrzostwa, program mistrzostw ułożył się tak, że na półmetku rywalizacji "biało-czerwoni" worek z medalami zapełnili tylko srebrem i brązem. Ostatecznie wywalczyli sześć "krążków", co też zostało przyjęte z dużym zadowoleniem.

- To są mistrzostwa świata, a nie Europy, tu łatwych medali nie ma. My jesteśmy trochę rozwydrzeni przez ostatnie lata tym, że tak dobrze nam wychodziło. W Doha części zawodników udają się starty, innym nie - mówił mi na miejscu Tomasz Majewski, były dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, obecnie wiceprezes ds. organizacyjnych i kontaktów międzynarodowych w Polskim Związku Lekkiej Atletyki.

Te słowa Majewskiego przypominam nieprzypadkowo, bo z jeszcze większą siłą wracają przy okazji mistrzostw, które z racji globalnej pandemii Covid-19 rozpoczynają się z rocznym poślizgiem.

Gdyby nie ogromny pech, z niemal stuprocentową pewnością złoty medal można by było wieszać na szyi totalnej dominatorki w kobiecym rzucie młotem, Anity Włodarczyk. Niestety kontuzja sprawiła, że trzykrotna mistrzyni olimpijska, czterokrotna mistrzyni świata i rekordzistka globu obejrzy zmagania koleżanek i kolegów w telewizji. Nad absencją Włodarczyk można ubolewać tym bardziej, że tzw. dużych szans medalowych w tej chwili mamy niewiele.

Prezes Olszewski: Po dużym sukcesie przychodzi kryzys

- Proszę pamiętać, że po dużym sukcesie przychodzi kryzys, m.in. psychiczny. Idą też nowi, młodsi zawodnicy, z których część się poprawia, a niektórzy szybko się wykruszają. Największe sukcesy są wtedy, gdy stara gwardia jeszcze nie odeszła, a młodzi już doszlusowali do wysokiego poziomu. Nawet taka potęga, jak Stany Zjednoczone, też ma dziury w swoim składzie. A pozostałe kraje, w tym my, oscylujemy w kilku konkurencjach, więc nie zawsze da się z tego wyciągnąć maksimum - mówi w rozmowie z Interią Henryk Olszewski, prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.

Tomasz Majewski, z którym rozmawialiśmy dzień przed czwartkowym wylotem do USA, jest umiarkowanym optymistą. - Zbliżenie się do wyniku z ostatnich MŚ byłoby dużym sukcesem i tak trzeba podchodzić do sprawy. Okay, mieliśmy niesamowite igrzyska w Tokio, ale to było już rok temu. Część z tych szans mamy dalej, lecz część jest mniejsza, dlatego bardzo trudno będzie o tak dobry wynik. Teraz bardziej trzeba wypatrywać normalności, czyli tego, co mieliśmy wcześniej. To znaczy, że z czterech medali już bylibyśmy zadowoleni - analizuje były wybitny miotacz.

Tym razem, w porównaniu do czempionatu w Katarze, harmonogram imprezy układa się tak, że Polacy mogą rozpocząć zmagania od potężnego uderzenia. Już bowiem w sobotniej sesji popołudniowej (godz. 21 czasu polskiego) odbędzie się finał męskiego rzutu młotem, w którym mamy dwóch największych asów na świecie. Liderem światowych tabel jest mistrz olimpijski Wojciech Nowicki (KS Podlasie Białystok), a Paweł Fajdek (AZS AWF Katowice) w imprezie tej rangi nie ma sobie równych - w Eugene powalczy o piąty z rzędu (!) złoty medal.

Nie ma żadnej przesady w tym, że wielu wyobraża sobie Polaków na dwóch najwyższych miejscach na podium. Gdzie jeszcze szukać "dużych" szans? Prezes Olszewski i wiceprezes Majewski są praktycznie zgodni, wzrok trzeba skierować na nasze wyśmienite biegaczki średniodystansowe, a konkretnie żeńską sztafetę 4x400 m, naszpikowaną wicemistrzyniami olimpijskimi i mistrzyniami w mikście. Takich nazwisk, jak Justyna Święty-Ersetic (AZS AWF Katowice), Natalia Kaczmarek (AZS AWF Wrocław), Anna Kiełbasińska (SKLA Sopot), Iga Baumgart-Witan (BKS Bydgoszcz), czy Małgorzata Hołub-Kowalik (AZS UMCS Lublin) nikomu przedstawiać nie trzeba.

Szef związku szczery do bólu. "Nie mam zielonego pojęcia"

A propos miksta, czyli mieszanej sztafety damsko-męskiej, w której "biało-czerwoni" w olimpijskim debiucie zrobili prawdziwą furorę, wyszarpując złoto... To właśnie ostatnia, czwarta duża szansa na podium w Eugene, ale tym razem obarczona niemałym znakiem zapytania.

- Nie mam zielonego pojęcia jak wyjdzie start w mikście, bo Kajetan Duszyński na dzień dzisiejszy nie reprezentuje wysokiego poziomu, a jeden z medalistów (Dariusz Kowaluk - przyp.) nawet nie zakwalifikował się do ekipy - analizuje prezes Olszewski, a jako podsumowanie swojej analizy wyznał: - Trzeba powiedzieć, że nasze szanse w Eugene są dość skromne.

- Wiadomo, że ten sezon nie był rewelacyjny w wykonaniu panów, ale teraz mamy imprezę docelową, a do tego szybsze kobiety niż mieliśmy. Nie ma co ukrywać, że faworytem są Stany Zjednoczone. To my jesteśmy mistrzami olimpijskimi, ale oni są u siebie i na pewno tak łatwo nie wypuszczą złotego medalu - dodaje Majewski.

Prezes Olszewski, z perspektywy ogromnego bagażu doświadczeń, patrzy na to, co polscy reprezentanci zaprezentują w Eugene, z szerszej perspektywy.

- Zna mnie pan, nigdy nie prorokowałem liczby medali i to się nie zmieni. Zawsze powtarzam, że wynik metryczny czy czasowy jest zależny od zawodnika i to można przygotować na daną chwilę, natomiast kolor medalu zależy od tego, czym odpowie przeciwnik i na ile pozwoli. Można wszak zrobić wynik życiowy, który nie wystarczy do zajęcia miejsca na podium - mówi były twórca sukcesów Majewskiego.

Polacy "skazani" na "Mazurka Dąbrowskiego"?

Z innych nazwisk, na pewno nie wolno skreślać Adrianny Sułek, tegorocznej wicemistrzyni świata z hali w Belgradzie, obecnie trzeciej na liście światowej. Zawodniczka KS Brda Bydgoszcz niewątpliwie ma szansę zakręcić się wokół podium w rywalizacji siedmioboistek. Natomiast duża niewiadoma dotyczy dyspozycji borykającej się z problemami zdrowotnymi oszczepniczki Marii Andrejczyk (LUKS Hańcza Suwałki). Niektórzy fani nie wyobrażają sobie, że na podium zabraknie sensacyjnego mistrza olimpijskiego z Tokio Dawida Tomali (KU AZS Politechniki Opolskiej). Tyle że tu warto od razu zdać sobie sprawę, że dystans 35 km, w dużym uproszeniu, to niemalże inna konkurencja w porównaniu do morderczej "50".

Jeśli prognozy fachowców się sprawdzą, wówczas "biało-czerwoni" pod względem dorobku nawiązaliby do mistrzostw świata z 2013 roku, które odbyły się w Moskwie. Tam Polacy wywalczyli trzy medale, z czego jeden złoty Paweł Fajdek. Prawdopodobieństwo, że choć raz "Mazurek Dąbrowskiego" wybrzmi na pięknym stadionie Hayward Field, z kolei jest spore. Nasi reprezentanci po raz ostatni bez najcenniejszego krążka wracali w 2007 roku z Osaki.

Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL