Najlepszy w historii wynik na polskiej ziemi. A Woronin nie musiał gratulować
Trzy tygodnie temu Oliwer Wdowik mógł w finale mistrzostw Polski pobić 39-letni rekord kraju Mariana Woronina. Mógł, gdyby nie podniósł ręki w geście triumfu kilka metrów przed metą. Czy tam stracił brakujące trzy (do wyrównania) czy cztery setne sekundy, tego się nie dowiemy. Może mniej. Niemniej jeśli miał w końcu "dopaść" ten historyczny wynik, to właśnie teraz, w piątkowy wieczór. I najlepiej - w półfinale mistrzostw świata. Bo znalazł się w stawce tak wymagającej, że tylko życiowy bieg mógł dać awans.

Pod koniec lutego w 1987 roku Marian Woronin zdobył w Lievin tytuł halowe mistrza Europy, uzyskując w finale czas 6.51 s. To był ówczesny rekord Europy, szybciej na świecie biegał tylko skompromitowany później dopingiem Ben Johnson. - Czekam już prawie 40 lat, aby ktoś ten rekord pobił. Będę w Toruniu i jeżeli się to uda, to pogratuluję nowemu rekordziście kraju - mówił półtora tygodnia temu pan Marian. I wskazywał wprost na Oliwera Wdowika.
W rywalizacji na 60 metrów mieliśmy dwóch sprinterów: właśnie Wdowika oraz Dominika Kopcia, który przecież trzy lata temu był jeszcze o jedną setną szybszy od młodszego rodaka. Ostatnio biega jednak nieznacznie wolniej od niego. Rano obaj przebrnęli eliminacje, choć Kopeć musiał czekać do samego końca, czy z czasem uda mu się awansować. Bo nie znalazł się w najlepszej trójce.
To jednak on mógł się uśmiechnąć, gdy zobaczył skład swojego półfinału. Wdowik tyle szczęścia bowiem nie miał.
Halowe mistrzostwa świata. Polscy sprinterzy walczyli o finał w Toruniu
W każdym z trzech biegów półfinałowych było ośmiu sprinterów, tylko dwóch miało zapewniony awans. Stawkę uzupełniało dwóch z najlepszymi czasami.
W tej pierwszej serii, z Kopciem, jedynie Bryan Levell przebiegł w tym roku dystans 60 metrów poniżej 6.50 s. Ale jak to na Jamajce bywa - na powietrzu.

Wpadli na metę ławą, różnice nie były wielkie. Levell wygrał, uzyskał 6.53 s. Taki sam czas - 6.553 s uzyskali Belg Simon Verherstraeten i Holender Taymir Burnet. A to już zmniejszyło szanse innych biegaczy z trzecich miejsc z kolejnych serii.
Kopeć zajął tu piąte miejsce, czas 6.60 s był na miarę jego możliwości. Świetnie zaczął, później trochę stracił do najlepszych. Do awansu zabrakło jednak czterech setnych.
Wdowik biegł w drugiej serii - na liście miał aż czterech rywali, którzy w tym roku przebiegli ten dystans poniżej 6.50 s. I już to świadczyło, że pewnie będzie musiał otrzeć się o rekord kraju, a może nawet go poprawić, by awansować do wielkiego finału.
Portorykańczyk Eloy Benitez miał już 6.48 s, Brazylijczyk Erik Cardoso 6.49 s, a klasy Kishane'a Thompsona bądź Trayvona Bromella nie trzeba nikomu przypominać. Ani w hali, ani na stadionie. Brak Jamajczyka i Amerykanina w finale byłby sporą sensacją.
Polak znalazł się między nimi, na środkowym torze. I... został na starcie, dużo stracił. Później świetnie się rozpędził, walczył o trzecie miejsce, bo faworyci uciekli. I nie dał rady, skończył za Benitezem, czwarty. Portorykańczyk miał 6.57 s, Wdowik - 6.58 s. Bromell ruszył jak torpeda, jego 6.42 s to najlepszy w tym roku wynik na świecie. I najlepszy kiedykolwiek na polskiej ziemi.
Kishane się rozpędzał na dystansie, uzyskał 6.47 s. A Wdowik, trochę podłamany, chwycił się za głowę.
Marzenia o finale przepadły.
- Jest mi wstyd, nie wiem, co się stało. Chłopaki wyszli szybko, ja miałem chyba reakcję 300. Zostałem w blokach, wystrzeliłem w górę - mówił załamany Wdowik w TVP Sport.
W ostatniej serii awansowali: Amerykanin Jordan Anthony (6.43 s), Brytyjczyk Jeremiah Azu (6.45 s) i z czasem Kameruńczyk Emmanuel Eseme (6.52 s).
Aby pobiec w finale, Wdowik musiał więc wyrównać lub pobić rekord Polski. W tym sezonie to się nie udało.













