Nagłe wycofanie Bukowieckiej. Już wszystko jasne ws. finału dla Polek
Plan na sobotę był taki: w rywalizacji sztafet mieszanych 4x400 m Natalia Bukowiecka miała mieć wyklarowaną sytuację na czele stawki. I, oszczędzając siły, pobiec taktycznie po awans do finału. Tymczasem musiała atakować z czwartej pozycji, odrabiać duże straty. Spisała się na medal. Tyle że kosztowało ją to dużo zdrowia - i trener Aleksander Matusiński uznał, że jej miejsce zajmie Alicja Wrona-Kutrzepa. A celem wciąż był awans do finału. Święty-Ersetic przyprowadziła sztafetę na trzeciej pozycji. I już było jasne, czy to wystarczy.

Natalia Bukowiecka przekonywała w programie "Lekkie Gadki", w rozmowie w Gaborone z red. Aleksandrem Dzięciołowskim, że jest gotowa na dwa biegi dziennie. A mowa tu była o sobocie - najpierw w mikście, później w sztafecie 4x400 metrów. Cel był jasny: wprowadzenie obu sztafet do finałów, co dawało już gwarancję startu w przyszłorocznych MŚ w Pekinie.
Tyle że w rywalizacji mieszanej nie wszystko potoczyło się po myśli naszej drużynie. Fatalnie wypadłą pierwsza zmiana z Marcinem Karolewskim, później reszta zespołu musiała odrabiać straty. Udało się awansować, ale przecież obie panie - Justyna Święty-Ersetic i Natalia Bukowiecka - miały później swoje kolejne biegi.
Ostatecznie ta ostatnia wypadła z niej, trenerzy Aleksander Matusiński i Marek Rożej dali jej wolne. Zmieniła się też kolejność: Alicja Wrona-Kutrzepa wskoczyła na trzecią zmianę, a kończyła bieg Święty-Ersetic.
Cel był ten sam: pierwsze lub drugie miejsce, dające przepustkę do niedzielnego finału. Ewentualna trzecia, a nawet czwarta pozycja, z dobrym czasem, też dawała taką nadzieję.
World Relays. "Aniołki Matusińskiego" z ważnym zadaniem. Bez swojej liderki
Skład drugiej serii, tej z Polkami, nie był jakoś piekielnie mocny, ale wyrównany. Nasz zespół musiał uważać zwłaszcza na Włochy I Belgię, ewentualnie do gry mogła wkroczyć jeszcze Irlandia.
Zaczęła Anna Gryc - płotkarka, ale świetnie odnajdująca się też w płaskiej rywalizacji na dystansie jednego okrążenia. Choć w końcówce jakby delikatnie ją "odcięło". Weronika Bartnowska zbiegła do krawężnika na drugiej pozycji, plan był w tym momencie realizowany. Daleko z przodu była Kanadyjka, Polkę na wyjściu na ostatnią prostą wyprzedziła Włoszka. A ta drużyna na ostatniej zmianie miała Alice Mangione, to duży atut.

Wrona-Kutrzepa traciła coraz więcej do dwóch pierwszych sztafet, nie było mowy o bezpośrednim awansie. Święty-Ersetic zajmowała trzecią pozycję po starcie, to miejsce było niezagrożone, Botswanka została z tyłu. Liczył się czas.
Skończyło się na 3:27.62. I już było jasne, że "Aniołki" w finale... nie pobiegną. W pierwszym biegu aż pięć zespołów było lepszych... Tam rewelacyjna Hiszpania wygrała w czasie 3:24.44, znakomity finisz halowej mistrzyni świata z Torunia Lurdes Glorii Manuel dał Czeszkom drugą pozycję (3:25.42). A w "naszym" biegu Kanada triumfowała w 2:23.52, Włochy uzyskały 3:24.46. Różnica jest jednak ogromna.
W niedzielę będą więc walczyć w barażach o cztery pozostałe przepustki do Pekinu.
Ostatecznie do awansu potrzebny był czas 3:25.76 - tyle uzyskały w pierwszej serii Niemki. Trzecia była najszybsza: Wielka Brytania uzyskała 3:21.28, Norwegia z Henriette Jaeger 3:22.78, a Holandia z Lieke Klaver - 3:24.74.












