Mogło być 8 metrów z okładem, decydowały milimetry. Jedno minimum Polaka
Rok temu Piotr Tarkowski był jednym z największych pechowców w polskiej lekkiej atletyce. Doszedł do życiowej formy, kilka razy skoczył ponad osiem metrów, co w polskich warunkach w ostatnim sezonach było naprawdę dużą sztuką. A szczyt miał nadejść na końcu - w wymarzonych mistrzostwach świata w Tokio. Tyle że w połowie lipca zawodnik z Białej Podlaskiej doznał kontuzji, naderwał mięsień. Podjął desperacką próbę powrotu, pojawił się w Bydgoszczy na MP. Do Japonii nie poleciał, wrócił teraz. I to z przytupem. Już wypełnił jedno z minimów do mistrzostw Europy. A to nie koniec.

W całej historii polskiej lekkiej atletyki tylko 26 zawodników oddało skoki z "ósemką" z przodu, jedynie dziewięciu udało się to w tym wieku. W tym gronie jest Piotr Tarkowski - 26-latek z Białej Podlaskiej, który poza byciem wyczynowym sportowcem, jest też pracownikiem naukowym na AWF w Białej Podlaskiej. W Zakładzie Lekkiej Atletyki można tam też znaleźć nazwisko dr. Marcina Starzaka - trzeciego na liście wszech czasów z wynikiem 8.21 m, uzyskanym w 2007 roku w Salamance.
Tarkowski jest na tej liście na 20. miejscu, ale jego możliwości już teraz sięgają zapewne pierwszej dziesiątki. Czyli skoków powyżej 8.10 m, co może dać ścisły finał mistrzostw Europy, choć przy osobach Miltiadisa Tentoglou, Mattii Furlaniego czy Bożidara Sarabojukowa nie daje nadziei na medal. W czym więc tkwił problem naszego reprezentanta? W kontuzjach, które często przerywały jego karierę.
Tak też stało się w zeszłym sezonie, gdy przecież najpierw błysnął w lokalnych zawodach w Białej Podlaskiej (8.04 m), a później z kapitalnej strony pokazał się w Drużynowych Mistrzostwach Europy w Madrycie. Tam były dwa skoki ponad ośmiometrowe, 8.03 m dało mu czwartą pozycję i aż 13 punktów dla naszej reprezentacji. Przed nim byli m.in. Tentoglou i Furlani, za nim - Simon Ehammer.
A gdy Tarkowski miał potwierdzić swoją formę w drugiej części sezonu, zarazem i "przyklepać" wyjazd do Tokio, naderwał mięsień. Po pięciu tygodniach próbował wrócić, by w mistrzostwach Polski wywalczyć punkty brakujące w światowym rankingu. Nie było już na to szans, oddał skok na 7.32 m, po czym zrezygnował po trzeciej kolejce. - Ten sezon i tak był niesamowicie udany. Dał mi mocny fundament na przyszłość i wierzę, że wychodzę na prostą - a to dopiero początek! - napisał na Instagramie.
I zapowiedział mocne starty w 2026 roku.
Piotr Tarkowski drugi na Teneryfie. Ogromna zdobycz punktowa do rankingu World Athletics
Zimą Tarkowski nie występował, wrócił dopiero przed tygodniem. Pewnie zdobył złoto w Akademickich Mistrzostwach Polski w Lublinie, z godnym wynikiem 7.83 m. I ruszył na Teneryfę.
W Santa Cruz de Tenerife odbył się mityng, który w kalendarzu World Athletics ma kategorię srebrną, czyli dobrze punktowaną. A Polak tych punktów potrzebuje, by choćby z rankingu World Athletics znaleźć dostać się do mistrzostw Europy w Birmingham. Tam liczą się wyniki uzyskane od 27 lipca zeszłego roku - Tarkowski doznał kontuzji kilka dni wcześniej. A zimą też nie występował. Gwarancją występu w Anglii jest skok na 8.05 m - to minimum europejskiej federacji. A to z PZLA wynosi 7.90 m. Tyle że wówczas trzeba być w najlepszej "30" rankingu.

Do Tarkowskiego należał rekord zawodów Canarias Athletics Invitational - rok temu skoczył na Teneryfie 7.98 m. A teraz zaczął od 7.92 m, co dało mu drugie miejsce po pierwszej kolejce, za Jaime Guerrą, finalistą ostatnich MŚ w Tokio. Hiszpan zabrał Polakowi rekord mityngu - skoczył 8.05 m. O ile w tych pierwszych skokach wiatr wiał w plecy, to później całkowicie się zmienił. Tarkowski uzyskał 7.74 m, później 7.81 m. Wciąż był drugi, za nim plasował się młodzieżowy mistrz Europy z Bergen Francuz Erwan Konate.
I tak już zostało do końca, choć nie musiało. W piątej serii Tarkowski pofrunął daleko, być może za linię ósmego metra. Tyle że o milimetry spalił tę próbę, nie zmierzono odległości. Skończył na drugiej pozycji.
Na liście "Road to Birmingham" wciąż jego nazwiska brakuje. Jeśli zdrowie dopisze, awans do najlepszej "30" wydaje się być formalnością. A niewykluczone, że już wkrótce po raz kolejny zapisze się w tabelach PZLA poprawieniem swojego rekordu.












