Reklama

Reklama

Michał Haratyk: Nie dowierzałem

- Dobrze się przygotowałem, ale nie czułem się jakoś nadzwyczajnie mocny. Wyszło jednak znakomicie - mówił Interii po mityngu przy warszawskim Multimedialnym Parku Fontann Michał Haratyk.

To był niesamowity konkurs pchnięcia kulą z niezwykłą historią. Gwałtowna ulewa niemal uniemożliwiła rozegranie zawodów, ale udało się. W konkursie najpierw prowadzenie objął Czech Tomas Stanek, ale potem koncert dał Michał Haratyk.

27-letni lekkoatleta zaczął spokojnie od 20,55, a potem pchnął kulę na odległość 21,23, by w trzeciej próbie uzyskać 22,32 m! To nowy rekord Polski, najlepszy rezultat w tej konkurencji w Europie od 30 lat.. Nawet w czwartej próbie Haratyk też poprawił swój dotychczasowy rekord (22,08), uzyskując 22,12. W kolejnych miał wyniki - 21,22 i 21,60. 

Reklama

Olgierd Kwiatkowski. Interia: Jak pan przyjął ten swój nowy niesamowity rekord Polski?

Michał Haratyk, rekordzista Polski w pchnięciu kulą: - Z niedowierzaniem. Nie spodziewałem się tego zupełnie, ale jak kula uderzyła w linię rekordu Polski, a jak się nawet okazało troszkę za, wiedziałem, że będzie dobry wynik. Długo nie mogłem w to uwierzyć.

Był pan nastawiony na to, że pobije dziś w Warszawie rekord?

- Dobrze się przygotowałem, ale nie czułem się jakoś nadzwyczajnie mocny. Wyszło jednak znakomicie. Cieszę się ze zwycięstwa w mityngu, cieszę się z rekordu.

Mityng rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem z powodu gwałtownej ulewy, która przeszła nad Warszawą. Te perturbacje w niczym panu nie przeszkodziły?

- Pogoda zaskoczyła. Było bardzo gorąco, bardzo duszno. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu tak się wypociłem. Fajnie, że zawody się odbyły i pogoda nam na to pozwoliła. Było mimo wszystko lepiej niż w zeszłym roku. Bo wtedy pchaliśmy przy 14 stopniach i padał deszcz. Teraz popadało i przeszło. Mimo wszystko byłem pewny siebie. Jakbym miał słabą głowę to by mnie zdekoncentrowało, ale ja nie jestem amatorem. To nie miało dla mnie żadnego znaczenia.

Ten konkurs był niesamowity, bo miał pan w każdej próbie bardzo dobre rezultaty.

- Następne pchnięcie po tym 22,32 było też bardzo dobre, ale dziwnie lewa stopa mi się ułożyła, ale te 22,12 to też nieźle. Nawet to mogło polecieć dużo dalej.

Czuje pan pewnie satysfakcję z tego powodu, że ten rekord pobił pan przy polskiej publiczności, w Warszawie?

- Bardzo fajnie, że tak się stało. Poprzedni rekord biłem w Czechach. To nie było to samo. Ale tutaj na polskiej ziemi pobić rekord Polski to jest wielka satysfakcja.

Po pana rekordzie Tomasz Majewski, dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, współorganizator mityngu, szalał z radości.

- Znamy się z Tomkiem, kumplujemy się. On się naturalnie cieszy z naszych wyników. Nie zazdrości. Bardzo mnie dopinguje.

Po takich wynikach, jakie pan uzyskuje jest pan kandydatem do medalu na mistrzostwach świata w Dausze?

- Wszystko może się wydarzyć. Nie chciałbym mówić o szansach.

O swoich szansach na igrzyskach w Tokio też pan nic nie powie?

- Na razie nie ma co myśleć o igrzyskach. To dopiero za rok. Trzeba dbać o zdrowie. Bo jak zdrowie się schrzani to może być problem. Kontuzja jest w stanie pokrzyżować wszystkie długoterminowe plany.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama