Maria Andrejczyk rzuciła Paryż na kolana! A chwilę potem ta wiadomość
- Bardzo się cieszę, że to wszystko dźwignęłam psychicznie i mentalnie. Ale wiecie, ja się tylko zakwalifikowałam. Teraz najważniejsze, by jak najszybciej wrócić do wioski, zregenerować się, przeanalizować start i w świętym spokoju, bez skoków adrenaliny i kortyzolu, przetrwać do soboty. To jest teraz najważniejsze - powiedziała Maria Andrejczyk, która w eliminacjach rzutu oszczepem pokazała, że na najważniejszy moment trzylecia przygotowała wielką formę. Polka znów jest mocną kandydatką do medalu olimpijskiego.

Kibice i eksperci od razu wpadli w zachwyt, ale w pełni uzasadniony. Maria Andrejczyk już w pierwszej swojej próbie posłała oszczep na imponującą odległość 65.52 m. Od przeszło trzech lat nasza zawodniczka nie popisała się takim rezultatem. Nawet na igrzyskach olimpijskich w Tokio, gdzie srebrny medal dał jej rzut na odległość 64.61 m. Nic więc dziwnego, że nadzieje w jednej chwili eksplodowały. To oczywiście ciągle "daleko" od jej rekordu Polski, wynoszącego 71.40 m, ale przy obecnym poziomie tej konkurencji w finale dosłownie wszystko może się zdarzyć.
Maria Andrejczyk: Najważniejsze, że dźwigam to wszystko psychicznie
- Bardzo się cieszę, że nie jestem teraz już tak emocjonalna jak kiedyś. Pod tym względem w tym roku wygląda to u mnie bardzo fajnie. Generalnie start na plus, nie spodziewałam się takiego wyniku. Chciałam rzucić spokojniej, żeby się nie wychylać, ale to tylko pokazuje, że jestem przygotowana w miarę optymalnie - dzieliła się wrażeniami 28-latka z Suwałk.
Wynik wyszedł trochę ze spokoju, gdyż nasza oszczepniczka nie oczekiwała od siebie, iż tak wejdzie w te eliminacje, ale...
- W ostatnich krokach stwierdziłam: "dobra, trochę z łapy trzeba pociągnąć, żeby dla pewności to poleciało". I się cieszę, ufam swojemu ciału, swojej głowie i trenerowi Czarkowi Wojnie, z którym pracuję od października. Na razie wszystko fajnie się składa - podkreśliła wicemistrzyni olimpijska. Za nią permanentne problemy ze zdrowiem, wiele wylanych łez, ale w Paryżu znów pięknie jest obserwować, że może się uśmiechać.
Mimo to radość Andrejczyk była kontrolowana. Parokrotnie dała do zrozumienia, że nie może w tej chwili przesadnie się chełpić osiągniętą odległością, bo najważniejsza robota będzie do wykonania za dwa dni, w sobotnim finale na Stade de France.
- Słuchajcie, moment największej próby dopiero przede mną. Dlatego czym prędzej chciałabym uciec stąd, wyizolować się, zregenerować i działać dalej z myślą o olimpijskim finale - zaznaczyła, doceniając fakt, że w jednej chwili jej akcje w oczach opinii publicznej znów poszybowały.
- Bardzo miłe, że wiara wraca, ale ja w siebie wierzyłam, bo inaczej nie kontynuowałabym kariery. Wierzę w siebie i w to, że jeszcze dużo przede mną. Na pewno tym rzutem poczułam moc, swoje ciało oraz wrócił do mnie luz, którego nie miałam przez cały sezon. W bloku nareszcie fajnie pracuję, co wróciło dopiero na ostatnim treningu przed przyjazdem tutaj. Wszystko składa się technicznie, ale najważniejsze, że dźwigam to wszystko psychicznie - podkreśliła Andrejczyk.
Artur Gac, Paryż
Zobacz również:














