Reklama

Reklama

Maria Andrejczyk: Na treningach udajemy, że jest... jesień

Czwarta zawodniczka igrzysk w rzucie oszczepem Maria Andrejczyk cieszy się, że los podarował jej dodatkowy rok przygotowań do igrzysk w Tokio. Wyleczyła kontuzję ścięgna Achillesa i spędziła więcej czasu z rodziną. Teraz wchodzi w nowy cykl treningowy i udaje, że jest... jesień.

"Serce mnie już nie boli, bo stadiony nareszcie otwarte. Trenuję na co dzień w Sejnach i jeszcze mam pewne utrudnienia, bo salę gimnastyczną i siłownię przejęli na razie żołnierze. Nie mamy do tego dostępu, dlatego nie mam możliwości wykonania pełnego treningu, ale staramy się sobie radzić. Rozumiemy sytuację i dlatego nie narzekamy, tylko radzimy sobie tak jak możemy" - powiedziała 24-letnia lekkoatletka spod Suwałk.

Mimo że w Sejnach nie może wykonywać pełnego treningu, nie rozważała z trenerem Karolem Sikorskim wyjazdu do COS OPO Spała na zgrupowanie. To oprócz Wałcza jedyny ośrodek w pełni dostępny dla sportowców, ale obowiązują w nim teraz - w czasie pandemii koronawirusa - szczególne zasady.

"Teraz trochę żałuję, że się tam nie wybraliśmy, ale to była wspólna decyzja z trenerem. Najbardziej przerażały mnie obowiązujące restrykcje. Rozumiem, że w obecnej sytuacji są one niezbędne, ale dla mnie byłoby to ciężkie do przełknięcia. Nie wytrzymałabym cały czas w ośrodku, bez możliwości wyjścia poza pokój. Nie wiem, czy moja głowa dałaby radę. Skoro jednak mam możliwość wykonania treningu u siebie, to wybraliśmy tę opcję" - podkreśliła.

Ten czas, który został jej "podarowany" przez pandemię, wykorzystała głównie na leczenie. Od stycznia borykała się bowiem z bólem w ścięgnie Achillesa.

"Z małego urazu zrobiła się duża kontuzja. Gdyby igrzyska były w tym roku, nie miałabym szans na to, by wypracować jakąkolwiek formę. Przed kontuzją czułam się rewelacyjnie i wiedziałam, że to będzie bardzo dobry sezon. Ale potem był tylko zjazd, więc bardzo się cieszę, że przełożyli imprezę docelową. To dla mnie ogromna szansa i na pewno jej nie zmarnuję" - obiecała.

Reklama

"To był bardzo fajny czas, żeby trochę odstawić główny trening na boczny tor, by skupić się na zdrowiu i rehabilitacji. Teraz jest już wszystko znacznie lepiej. Pierwszy obóz mamy zaplanowany pod koniec czerwca we Władysławowie, więc jest jeszcze trochę czasu na przygotowanie organizmu do tego największego wysiłku" - zaznaczyła.

Nie ma jednak też złudzeń co do zbliżającego się sezonu. Na razie nie wiadomo nawet, jak on będzie wyglądać. Lekkoatleci mają nadzieję, że ruszy na dobre w sierpniu. "Ten sezon będzie dziwny, będzie inny. Też nie nastawiam się zbyt ambitnie, bo wiem, gdzie jest cel i wiem, że do niego mam jeszcze ponad rok. Teraz najważniejszy jest spokój, wyciszenie, a nie robienie wszystkiego na siłę. Nie ma sensu się zajeżdżać. Jestem też bardzo wdzięczna za to, że przyszedł taki czas, w którym wszyscy zamknęliśmy się w domu z rodzinami. Można było trochę wyhamować" - przyznała.

Andrejczyk zmuszona była także do przejścia dwutygodniowej kwarantanny, ponieważ w trakcie pandemii wracała nagle do kraju ze zgrupowania w Portugalii.

"Miałam obowiązkowe 14 dni na kanapie. Nie narzekam. Było fajnie" - oceniła.

Obecnie Andrejczyk spokojnie wchodzi w trening. Ma za sobą pierwsze rzuty, ale to na razie - jak sama mówi - spokojne techniki.

"Nazwałabym to bezpiecznym wejściem w trening rzutowy. Na razie udajemy, że mamy jesień i dopiero wchodzimy w trening. Jest tylko cieplej i przyjemniej. Starty planuję, ale nie mam jeszcze sprecyzowanych mityngów. Na pewno chciałabym w sierpniu sprawdzić, na jakim jestem poziomie" - zaznaczyła.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama