Reklama

Reklama

Marcin Lewandowski: Do Etiopii na pewno wrócę

Mistrz Europy z Barcelony na 800 m Marcin Lewandowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz) był zachwycony Etiopią i ośrodkiem legendarnego biegacza Haile Gebrselassiego. W rozmowie z PAP opowiedział też o kontuzji ścięgna Achillesa i pierwszych startach.

PAP: Do tej pory jeździł pan do Kenii, tym razem wybrał Etiopię. Skąd ta zmiana i czym różnią się te kraje?

Reklama

Marcin Lewandowski: - Bardzo trudno je porównać. W Kenii są świetne ścieżki do bieganie, w Etiopii tego brakowało, ale za to jest tu tartan. Przede wszystkim jest tu też wyżej. Nie wiadomo oczywiście, czy to wada czy zaleta. W Kenii można było robić siłę naturalną, ciągle na podbiegach, a w Etiopii tego nie było, bo znajdowaliśmy się na płaskowyżu. Prawda jest jednak taka, że są to dwa świetne ośrodki do trenowania i na pewno będę wracał do jednego, i do drugiego.

A skąd u pana pomysł na Etiopię?

- Lubię przecierać szlaki i podejmować nowe wyzwania. Dlatego też się zdecydowaliśmy na Etiopię. Jest tam wysoko, była fajna pogoda i przede wszystkim jest to niemal ta sama strefa czasowa, co w Europie. Różnica jest godzinna, a to bardzo ułatwia sprawę. Nie ukrywam, że chciałem też zobaczyć coś nowego. Bieganie to nie tylko sport. Miałem możliwość przeżyć nową kulturę, poznać ludzi, potrenować na dużej wysokości. Trzeba zmieniać bodźce, coś urozmaicać. To jest dobre dla psychiki, a wiadomo, że ta odgrywa kluczową rolę.

W jakich warunkach tam mieszkaliście?

- Były bardzo dobre. Współwłaścicielem ośrodka jest legendarny biegacz Haile Gebrselassie, a on wie, co trzeba zapewnić sportowcom. Warunki mieszkaniowe mogę spokojnie porównać do dobrego hotelu europejskiego. A właśnie tego, jadąc tam, obawiałem się najbardziej.

Z jedzeniem też nie było problemów?

- Najmniejszych. W ośrodku była restauracja, zjeżdżało się tam mnóstwo ludzi. Karta menu z kolei bardzo urozmaicona, można było nawet zamówić pizzę czy makarony. Oprócz tego oczywiście można było spróbować czegoś miejscowego. Mnie bardzo smakowało, choć było ostre. Do każdej potrawy używa się papryczki chili, dlatego dość ciężko było się przyzwyczaić. Sam prosiłem w kuchni, żeby  przygotowywać trochę bardziej łagodną wersję, mimo że sam jestem miłośnikiem ostrego.

W jaki sposób się na miejscu przemieszczaliście?

- Podobnie jak w Kenii jeżdżą tam busiki, nie ma żadnych rozkładów. Pojawiają się jednak co dwie minuty, co chwila trąbią, jak ktoś chce, by się zatrzymali, wystarczy machnąć ręką. Za drobne pieniądze można było pojechać do stolicy Addis Abeby.

Czy coś pana zaskoczyło w kulturze?

- W tym czasie co my bylismy, obchodzili Wielkanoc. Mają trochę inny kalendarz od naszego. Ludzie bardzo cieszyli się tym świętem, celebrowali. Byliśmy w jednej z tradycyjnych knajp i spróbowaliśmy etiopskich przysmaków. Odbywały się tam tradycyjne śpiewy, tańce. Animatorzy zachęcali też do wspólnej zabawy, uczyli pierwszych kroków. Całkowicie się to różni od polskiej kultury. Bardzo fajnie było coś takiego przeżyć.

Jak wyglądały tam treningi? Ćwiczył pan w pojedynkę?

- Nie, wykonywałem je z miejscowymi. Bardzo fajna sprawa. To jest właśnie to, czego zazdroszczę Afrykańczykom. Wychodzą na zajęcia w bardzo dużej grupie. Trenowałem z 20-osobową ekipą. Jest to coś niesamowitego. Raz jeden czuje się lepiej, to biegnie z przodu, jak ma gorszy dzień, to z tyłu. Każdy sobie pomaga. Wykorzystałem to w stu procentach, jak tylko mogłem.

Trenowały w Etiopii także gwiazdy lekkoatletyczne?

- Owszem. Jak byłem w ośrodku, była grupa wicemistrza świata na 800 m Sudańczyka Abubakera Kakiego, wicemistrza olimpijskiego z Pekinu na 800 m Sudańczyka Ismaila Ahmeda i mistrza olimpijskiego z Londynu na 1500 m Algierczyka Taoufika Makhloufi. Grupa do biegania była zatem bardzo fajna. Oprócz tego były też kobiety, m.in. Etiopka Tirunesh Dibaba, Magiso Fantu, która będzie w tym sezonie bardzo mocna. Widziałem, co wyprawiała na treningach.

A gdzie dokładnie przebywaliście?

- Byliśmy w miejscowości oddalonej 30 km od stolicy Addis Abeby - Salucie. Trenowaliśmy na wysokości 2700 m n.p.m. Po raz pierwszy w życiu ćwiczyłem tak wysoko. To był płaskowyż, ale bardzo blisko były okolice, gdzie można było ćwiczyć na trzytysięcznikach. Byłem tam tylko raz. Bardzo dobrze mi się biegało.

Kto panu podpowiedział, żeby pojechać właśnie do Etiopii?

- Prawda jest taka, że tam na treningi jeździ cały świat. Nie byliśmy zatem żadną atrakcją turystyczną. Pytałem zawodników zagranicznych, gdzie przygotowują się do sezonu. Najwięcej pomógł mi kolega Francuz Yoann Kowal i Duńczyk Andreas Bube. Na początku nawet z nim trochę trenowałem, pokazał mi ścieżki. Na pewno będę chciał tam wrócić.

Jak z pana zdrowiem?

- Wszystko jest na szczęście w porządku. Po halowych mistrzostwach Europy, po których zachorowałem, miałem długą przerwę. Wróciłem do treningów i zaczęło mnie boleć ścięgno Achillesa. Musiałem miesiąc pauzować. Jestem trochę w tyle, ale o nic się nie martwię. Mistrzostwa świata w Moskwie są dosyć późno - w połowie sierpnia, więc dużo czasu na przygotowania. Na razie robię spokojnie swoje. Po prostu stracę parę mityngów na początku sezonu.

Teraz przebywa pan w Sankt Moritz. Przyleciał pan tam od razu po zgrupowaniu w Etiopii na początku maja. Jak długo zostanie pan w Szwajcarii?

- Prawie cztery tygodnie, do końca maja. To była moja decyzja, podjęta razem z trenerem Tomkiem Lewandowskim. Chciałem jak najszybciej nadrobić stracony przez kontuzję czas. Teraz jest zatem obóz za obozem. Nie spieszymy się jednak, robimy swoje, bo czasu mamy jeszcze sporo.

Zmęczony pan już jest przygotowaniami?

- Wręcz przeciwnie. Mam dużą motywację i chce mi się trenować. Wiem, że mam dużo do pokazania. Chciałbym to zrobić. Chcę w końcu mocno biegać. Mam głód i to jest fajna sprawa. O formę się nie boję. Wiem, że będzie. Poznałem już swój organizm, wiem, jaka jest też koncepcja treningu, dlatego też to, że będę niewidoczny w pierwszej części sezonu, nic nie znaczy.

Więc kiedy po raz pierwszy kibice zobaczą pana na bieżni?

- Jeszcze nie wiadomo kiedy będzie pierwszy start. W związku z przerwą, w tej chwili skupiam się wyłącznie na treningu. Myślę, że w drugiej połowie czerwca. Jeszcze nie wiem gdzie. Wystartuję od razu na 800 m, bo chciałbym jak najszybciej wypełnić minimum PZLA na mistrzostwa świata (1.45,30 - PAP), by się nie stresować niepotrzebnie.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Lewandowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje