Reklama

Reklama

Lekkoatletyka. Tomasz Hopfer dziś skończyłby 85 lat. Zachęcił Polaków do biegania

Był wielką gwiazdą telewizji. Zawsze uśmiechnięty, lubiany, obdarzony fenomenalną pamięcią. Swoją popularność wykorzystał, by rozpropagować w Polsce modę na bieganie. Gdyby żył, skończyłby dziś 85 lat. Zmarł nieoczekiwanie, mając zaledwie 47 lat.

Od dziecka chciał być sprawozdawcą sportowym. W młodości uprawiał lekką atletykę, był biegaczem średniodystansowym. Dwukrotnie zdobył tytuł mistrza Polski w biegach sztafetowych w barwach Sparty Warszawa. Już jako student pisał artykuły do prasy. 

Po ukończeniu studiów (ekonomia na SGPiS, dziś SGH) wystartował w konkursie na prezentera telewizyjnego. Wraz z nim do następnego etapu przeszedł Wiesław Johann, prawnik, obecnie wiceprzewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa, który później zrezygnował z kariery dziennikarza sportowego. Wspólnie komentowali popularny wówczas Memoriał Kusocińskiego.

Reklama

Hopfer szybko zdobył uznanie. Uśmiechem, uczynnością i pracowitością rozbudzał wokół siebie wielką sympatię.  Od razu polubili go widzowie. Był naturalny, autentyczny, fachowy, dociekliwy. Miał ogromną wiedzę. Imponował pamięcią. Na wizji mówił bez kartki. Gdy szara eminencja telewizji czasów Edwarda Gierka, Marcin Szczepański, kazał mu korzystać z kartki, Hopfer trzymał ostentacyjnie przed sobą ten świstek papieru. Potem go pokazał przewodniczącemu TVP. Była czysta. Podobno od tej pory Szczepański znienawidził dziennikarza.

Zjadała go trema, ale stał się idolem

Co zaskakujące, Hopfera cechowała wrodzona nieśmiałość, przez całe życie walczył ze stresem na wizji. "Trema, paraliżująca trema. Zamiast siedzieć w studiu, pragnąłem ukryć się gdziekolwiek indziej - wspominał w jednym z wywiadów swój pierwszy występ przed kamerą w 1969 roku.

Później był nie do zastąpienia. Nikt nie wiedział, jaki wysiłek jest potrzebny do tak sprawnego prowadzenia programów. Stał się idolem, Polacy go pokochali. Jego kolega, który później współtworzył z nim Maraton Pokoju, Józef Węgrzyn, opowiadał, że po mistrzostwach świata w 1974 roku "ludzie gratulowali mu w listach tak jakby to Hopfer odniósł zwycięstwo, a nie piłkarze". 

Widzowie kładli na wycieraczce domu dziennikarza bukiety kwiatów. Nie mógł się opędzić od fanów na ulicach. W 1974 roku otrzymał "Złoty Ekran" dla telewizyjnej osobowości roku. To odpowiednik współczesnej "Telekamery". - Ekran uskrzydla Tomka - wspominał Mariusz Walter, współtwórca stacji TVN, a kiedyś pomysłodawca Studio 2.

Walter uczynił z Hopfera jednego z współprowadzących najbardziej popularnego magazynu lat 70. XX wieku w polskiej telewizji. To w tym programie przeprowadzono pierwsze transmisje z meczów ligi angielskiej, Wimbledonu, czy Formuły 1. W 1976 roku w Studio 2 wystąpił legendarny zespół ABBA. I to w tej audycji zadebiutował popularny angielski program "Muppet Show".

Maraton Pokoju w czasach niepokoju

Hopfer nigdy nie zapomniał o sporcie. Był gospodarzem studia na wielkich imprezach sportowych - piłkarskich mistrzostwach świata 1974 i 1978 roku, igrzyskach olimpijskich w Montrealu w 1976 roku i Moskwie w 1980 roku. Właściwy sport był jego drugą po telewizji miłością. Nie mógł bez niego żyć.

Mimo słabego zdrowia zawsze był aktywny. Wychodził z domu i biegał albo truchtał w dresie. Przechodzący byli zaskoczeni. Uważali go za dziwaka, wariata. Rekreacyjne bieganie uważane było za fanaberię.

Hopfer wiedział jednak, że sport to zdrowie. Pewnego dnia zaprosił do studia kardiochirurga, który przedstawił zalety ruchu i opowiedział o dobroczynnym wpływie joggingu na zdrowie człowieka. Miał też podpórkę za wschodniej granicy. "Sowietskij sport" prowadził akcję "Biegajitie na zdorowie".

Wkrótce w TVP ruszyła audycja "Biegaj razem z nami". W sportowym stroju, tuż po porannym Teleranku, Hopfer zachęcał ludzi do ćwiczeń, wychodzenia na spacer, biegania. Chciał rozruszać społeczeństwo. Ludzie wyszli z domów, zaczęli biegać. 

Ale to było za mało. Rekreacja dobrze sprawdza się w praktyce. Hopfer wraz z Józefem Węgrzynem, byłym naczelnym młodzieżowego magazynu "ITD" (później jego redaktorem był późniejszy prezydent Aleksander Kwaśniewski), postanowili zorganizować w Warszawie maraton. Nie było łatwo. Komunistyczne władze bały się jakichkolwiek nadzwyczajnych zgromadzeń, nawet sportowych. 

- Czy możecie zaręczyć, że nie dojdzie do wystąpień przeciw władzy ludowej? - pytał organizatorów Jerzy Szydlak, partyjny dygnitarz, ówczesny wicepremier. Swoje kontakty musiał wykorzystywać Węgrzyn. Aby przypodobać się władzy, nazwano maraton "Maratonem Pokoju". Nie było pieniędzy. List z prośbą o dofinansowanie pisze wtedy do zakładów pracy Hopfer. Wykorzystuje swoją popularność. Dostaje wsparcie. Nagrody ufundowali wybitni malarze: Beksiński, Starowieyski, Hasior. 30 września 1979 roku maraton ruszył.

Trasa "Maratonu Pokoju" przebiegała peryferiami Warszawy - od Stadionu Dziesięciolecia, przez Wał Miedzeszyński, Wawer, Anin, Międzylesie, Radość, Falenicę. Zamiast przepisowych 42,195 m trasa liczyła 41 km 600 m. Zamiast 10 tysięcy uczestników na starcie stanęło 2,5 tysiąca. Hopfer czuł się spełniony. Wygrał. To było jego dziecko. Dziś nazywa się PZU Maratonem Warszawskim. Startuje w nim - łącznie z imprezami towarzyszącymi - po kilkanaście tysięcy uczestników.

Telewizja go zdradziła

Już wtedy Hopfer chorował. Miał kłopoty z żołądkiem. Do tego pracował ponad siły. Prowadził studia olimpijskie podczas igrzysk w Lake Placid i Moskwie w 1980 roku. Wykańczał się fizycznie i psychicznie. Raz za razem trafiał do szpitala. Poszedł na zwolnienie. Kiedy wrócił do pracy, w telewizji nie było już dla niego miejsca.

"W związku z wyczerpaniem przez obywatela zasiłku chorobowego z dniem 15 października 1982 roku zwalniam obywatela ze służby w jednostce zmilitaryzowanej - Komitecie Do Spraw Radia i Telewizji "Polskie Radio i Telewizja", jednocześnie rozwiązuje z panem umowę o pracę".

To był Tomasza Hopfera ostateczny życiowy cios. Kiedy dostał to pismo do rąk, był ciężko chory. Nie mógł pracować, ale też nie chciał. Był stan wojenny. Nie należał do "Solidarności", miał za to wielu kolegów w związku. Jak wspominała w książce "Znam was wszystkich" jego żona Zofia, z ich inspiracji zrezygnował z pełnienia funkcji redaktora naczelnego redakcji sportowej. Nie wypadało. Zachował się z klasą.

Zwolnienie z pracy pogłębiło jego ciężki stan zdrowia. Umarł prawie dwa miesiące później 10 grudnia w Szpitalu Bielańskim w Warszawie. Podejrzewano zapalenie płuc, sepsę, zawał. Może do śmierci przyczyniły się także: stres, załamanie psychiczne, depresja? O tych przyczynach jednak w tych czasach się nie mówiło. Telewizji poświęcił swoje życie, ale nie była to miłość z wzajemnością. Ostatecznie telewizja go zdradziła, zostawiła na lodzie.

Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL