Reklama

Reklama

Lekkoatletyka. Grażyna Rabsztyn 40 lat temu ustanowiła rekord świata na 100 m ppł

Czterdzieści lat temu, 13 czerwca 1980 roku, Grażyna Rabsztyn na stadionie warszawskiej Skry czasem 12,36 ustanowiła rekord świata w biegu na 100 m przez płotki. Dziś to 12. wynik w historii, który na ostatnich igrzyskach w Rio de Janeiro dałby jej... złoty medal.

40 lat temu 13 czerwca wypadł w piątek, ale Rabsztyn - jak podkreśliła w rozmowie z PAP - nigdy nie była przesądna.

"Z natury nie jestem osobą przesądną, bo np. jak czarny kot przebiegał mi drogę, to wiedziałam, że spotka mnie coś miłego. Zatem nie bałam się zawodów 13 czerwca, na dodatek w piątek. Także dlatego, że Memoriał Janusza Kusocińskiego bardzo lubiłam i zawsze startowała w nim z dużą przyjemnością, zawsze było to dla mnie święto" - wspominała.

Przed startem zawsze miała swój rytuał - poobiedni relaks, najczęściej w postaci drzemki, mała kawa i... delikatny makijaż, który był niezauważalny dla innych.

Reklama

"Później przyjazd na stadion, który był wypełniony kibicami. Trybuny na Skrze +grały+, niepowtarzalna atmosfera bardzo mnie mobilizowała. Na Wawelskiej zawsze można było się spodziewać dobrych wyników. Pogoda dopisała, było ciepło" - relacjonowała wydarzenia sprzed 40 lat.

Już na rozgrzewce 28-letnia wtedy płotkarka czuła się świetnie.

"Była dynamika, dotarło do mnie, że jestem w świetnej dyspozycji. Wtedy sobie pomyślałam, że mogę pobiec bardzo szybko, choć to nie wynikało bezpośrednio z przygotowań i treningu, gdyż od kilku tygodni ze względu na kontuzję nie przebiegały one tak, jak planował szkoleniowiec" - dodała Rabsztyn.

Bieg, w którym startowały wszystkie najlepsze polskie płotkarki, był niesamowity.

"Roznosiło mnie na rozgrzewce, więc musiałam opanować emocje i maksymalnie skoncentrować się na technice pokonywania płotków. Najmniejszy błąd mógł być przyczyną dużych kłopotów. Najtrudniejszy moment zaczął się od siódmego płotka. Trudno mi było utrzymać szybkość między płotkami i miałam wrażenie, że wręcz hamuję. Ratowałam się bardzo rytmicznym biegiem, podnosząc wysoko kolana. Bardzo się ucieszyłam z wyniku 12,36 s, choć widziałam jeszcze rezerwy u siebie. Trener też był bardzo zadowolony, ale gratulując mi dodał, że gdybym zrealizowała w pełni trening, to +dopiero byłby wynik+" - powiedziała.

Podczas dekoracji czuła radość i zmęczenie.

"Cieszyłam się też z wyników koleżanek: Lucyny Langer-Kałek - 12.44, Zofii Bielczyk - 12,66, Danuty Wołosz - 12,69 i mojej siostry Elżbiety - 12.97 s. Drugiego tak szybkiego biegu na 100 m ppł w Polsce nie było" - podkreśliła.

Jak przyznała, starty przed własną publicznością zawsze ją podwójnie motywowały.

"W 1975 roku na halowych mistrzostwach Europy w Katowicach zdobyłam niespodziewanie złoty medal w biegu na 60 m ppł, więc mi +ściany+ pomagały. Memoriał Janusza Kusocińskiego miał do tego niepowtarzalną, przepiękną atmosferę stworzoną przez kibiców i zawodników" - wskazała.

To nie był jej jedyny rekord globu. 10 czerwca 1978 roku jako pierwsza zawodniczka na świecie zeszła poniżej 12,5 s (12,48). Rok później, 18 czerwca 1979, ponownie uzyskała ten sam czas, który po roku w Warszawie poprawiła o 0,12.

Co otrzymała w nagrodę? "Główny Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki, odpowiednik dzisiejszego ministerstwa, dołożył mi jedno stypendium, a mój trener Sławomir Nowak dostał serwis do kawy" - przypomniała.

Jej rezultat sprzed 40 lat - 12,36 - do dziś pozostaje rekordem kraju...

"Często zastanawiam się, dlaczego żadna z młodszych koleżanek nie pobiegła szybciej. Powodów jest chyba kilka. Często pojawiają się dziewczyny z dużym potencjałem na szybkie bieganie i z różnych powodów nie osiągają rezultatów na miarę możliwości. Jedną z przyczyn jest brak doświadczonych fachowców z dobrym warsztatem trenerskim w biegu przez płotki, co jest szczególnie ważne na wczesnym etapie szkolenia. Najczęściej płotkarki trenują w różnych grupach. Zdarza się, że jest to grupa miotaczy czy biegów średnich. Poza tym metody treningu tak bardzo się nie zmieniły, a dzisiejsze możliwości monitorowania obciążeń zmieniły się diametralnie, co może mieć duży wpływ na jakość wykonywanej pracy. Za moich czasów liczyła się głównie objętość pracy i tzw. nos trenera" - tłumaczyła.

Ówczesny rekord Rabsztyn przetrwał sześć lat, kiedy to najpierw wyrównała go, a później poprawiła o 0,01 s Bułgarka Jordanka Donkowa. Dziś daje jej 12. miejsce na liście wszech czasów.

"To niesamowite, że 40 lat minęło, a ja wciąż w tabelach jestem tak wysoko... Z drugiej strony, jak uświadomię sobie, że w Rio takim wynikiem zdobyłabym złoty medal olimpijski... " - zamyśliła się na moment.

Dwukrotna halowa mistrzyni Starego Kontynentu karierę zakończyła dwa lata później, w wieku zaledwie 30 lat.

"W tamtych czasach nie wypadało kobiecie po +30+ biegać w krótkich spodenkach" - zauważyła pół żartem, pół serio.

"Poza tym z dzisiejszej perspektywy uważam, że w niektórych okresach przygotowawczych zbyt dużo trenowałam. Stąd często nękały mnie kontuzje czy inne kłopoty zdrowotne. Bardzo żałuję, że nie uprawiałam sportu wyczynowego w obecnych czasach, gdzie zawodnikiem opiekuje się cały sztab fachowców z różnych dziedzin" - zaznaczyła.

Smutkiem napawa ją tylko, że stadion, na którym ustanowiła rekord globu, nie nadaje się dziś do przeprowadzenia poważnych zawodów, głównie ze względu na zniszczone trybuny.

"Sytuacja, że w stolicy nie ma porządnego stadionu do lekkoatletyki jest dla mnie niezrozumiała. Mam nadzieję, że za kilka lat będzie można w końcu trenować i startować w Warszawie na nowoczesnym obiekcie, który powstanie głównie z myślą o +Królowej Sportu+" - nadmieniła.

Urodzona 20 września 1952 roku we Wrocławiu Rabsztyn startowała w barwach Burzy Wrocław i Gwardii Warszawa. Ma w bogatej kolekcji siedem medali halowych mistrzostw Europy, w tym dwa złote, cztery srebrne oraz jeden brązowy. Trzykrotnie triumfowała w Uniwersjadzie (1973, 1975 i 1977). Była też mistrzynią Europy juniorów.

Trzy razy wzięła udział w igrzyskach olimpijskich, zajmując w Monachium (1972) ósme miejsce, natomiast w Montrealu cztery lata później i w Moskwie (1980) była piąta.

"Do Moskwy jechałam jako jedna z faworytek. Jednak wspomniana już przy okazji rekordu kontuzja pojawiła się już wcześniej. Lekarze nie potrafili postawić konkretnej diagnozy. Gdybym wówczas znała dokładną przyczynę bólu, zweryfikowałabym plany treningowe. Ale nie było takiej aparatury i takiej diagnostyki, jaka jest dziś. Ćwiczyłam, pogarszając stan urazu. W efekcie w igrzyskach, zamiast stanąć na podium, byłam piąta" - dodała.

Z braku olimpijskiego trofeum jednak - co przyznała PAP przy innej okazji - nie cierpi, chociaż...

"... chociaż często mi się to wypomina. Mam dużą satysfakcję z moich osiągnięć lekkoatletycznych i z tego, że cała moja kariera sportowa była czysta. Niektórym w głowie się nie mieści, że bez +chemii+ można szybko biegać. Często muszę się tłumaczyć z moich rekordowych wyników, ale niedowiarków nigdy nie brakowało. Najważniejsze jednak, że moje sumienie jest czyste" - podsumowała Rabsztyn.

W jej ślady poszła córka Kaja Tokarska, która w mistrzostwach Polski w latach 2006-09 wywalczyła cztery złote medale w sztafecie 4x100 m.

Rabsztyn jest aktywną członkinią olimpijskiej rodziny. Aktualnie szefuje Komisji Kobiet PKOl. Za osiągnięcia w dziedzinie sportu uhonorowana została Orderem Odrodzenia Polski - Polonia Restituta.

Autor: Jerzy Jakobsche

jej/ kali/ pp/ co/

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy