Reklama

Reklama

Lekkoatletyka. Aleksandra Lisowska: Byłam gotowa na to, że będzie ciężko

Podczas mistrzostw Polski w maratonie w Dębnie Aleksandra Lisowska nie tylko wywalczyła upragnione minimum na igrzyska olimpijskie. W jej ręce wpadł również wyrównany rekord kraju na tym dystansie. Lekkoatletka spełniła swoje wielkie marzenie, po które aby sięgnąć, jak sama przyznała, musiała dojrzeć. Przed startem wiedziała, że złamanie jedynie ustalonego limitu czasu może nie wystarczyć. Uzyskany rezultat na mecie zszokował jednak ją samą.

Od mistrzostw Polski w maratonie minęło już trochę czasu. Aleksandra Lisowska sama przyznała, że tamten występ ułożył się po jej myśli, ale wynik końcowy przeszedł jej oczekiwania.

Na kilka kilometrów przed metą biegaczka czuła się na tyle dobrze, że zaczęła pospieszać prowadzącego ją pacemakera. Chwilę później okazało się, że nie tylko wywalczyła tytuł mistrzyni Polski, minimum olimpijskie oraz ustanowiła nowy rekord życiowy. Lisowska w Dębnie wyrównała też rekord Polski kobiet na tym dystansie - 2:26.08.

Na rozmowę z lekkoatletką trzeba było nieco poczekać. Choć jej wyniki w ostatnim czasie stawiały ją w roli faworytki, biegaczka musiała zmierzyć się z zupełnie nową dla siebie falą popularności. Podobnie jak w przypadku treningu maratońskiego, cierpliwość jednak popłaca. Poniżej rozmowa z zawodniczką, która kilka lat temu postawiła wszystko na jedną kartę i zaczęła realizować swój olimpijski sen.

Reklama

Aleksandra Bazułka, Interia: Emocje po mistrzostwach Polski powoli opadają. Właśnie tak wyobrażała sobie pani bieg po minimum olimpijskie?

Aleksandra Lisowska - To dla mnie takie "wow". Nadal ciężko jest mi się z tym oswoić, chociaż jestem już świadoma tego, co się stało. Minął już tydzień, a ja nadal budzę się z taką świadomością, że to dobry wyczyn z mojej strony. Trudno jest mi do tego przywyknąć.

W mediach społecznościowych napisała pani o ponad czteroletnich przygotowaniach, które doprowadziły panią do tego celu. Czytamy o tykającym zegarze, który nas ogranicza. To właśnie wtedy zdała sobie pani z tego sprawę i rozpoczęła przygotowania do spełnienia swojego marzenia?

- Wydaje mi się, że przez te 4,5 roku dojrzałam do tego i zrozumiałam, co jest dla mnie w życiu najważniejsze. Wtedy odezwałam się do trenera Jacka Wośka i rozpoczęłam z nim współpracę. Wcześniej współpracowałam z innym trenerem, którego niestety nie ma już z nami. Ten wynik jest taki, a nie inny, bo musiałam do tego dojrzeć.

Z Dębna wróciła pani jako mistrzyni Polski z wyrównanym rekordem kraju oraz z upragnionym wynikiem poniżej 2:29.30. Liczyła pani na aż tak dobry rezultat?

- Byłam gotowa na to, że będzie ciężko, a walka rozpocznie się na ostatnich kilometrach. Wystartowałam z taką myślą, żeby zatrzymać jak najwięcej energii na końcowe kilometry. Wiedziałam, że konkurencja jest solidna, a dziewczyny bardzo mocne. Każda z nas bardzo ciężko trenowała. Czułam, że jestem przygotowana na minimum olimpijskie, ale też wiedziałam, że te 2:29.30 to może być za mało, żeby na nie pojechać. Okazało się to prawdą, patrząc na wyniki Angeliki Mach (2:27.48) oraz Izabeli Paszkiewicz (2:28.12). Liczyłam się z tym, że będzie ciężko, ale już na 30., 35. kilometrze czułam, że będzie dobrze. Biegłam z takim przeświadczeniem, że jeśli nic się nie wydarzy po drodze, mam w kieszeni minimum olimpijskie. Na maratonie zdarzyć się może naprawdę dużo. Czasami na 38. czy nawet na 40. kilometrze coś może nie zagrać, może przytrafić się na przykład kolka. Będąc na 39. kilometrze, nie skorzystałam ze stanowiska z piciem. Bałam się, żeby niczego nie zaburzyć. Ten żel lub picie mogło zaważyć na samopoczuciu lub wyniku. Wiedziałam, że mam przepustkę na igrzyska, że biegnę po rekord, ale takie wyniku się nie spodziewałam, nawet gdy wbiegłam na metę. Na cztery kilometry przed metą pytałam chłopaka, który mnie prowadził, na jaki rezultat biegniemy. Powiedział, że na 2:28, a ja zachęciłam go do tego, żeby trochę przyspieszył, bo czuję się dobrze.

Żal trochę tej jednej sekundy, żeby wpisać się na listy jako rekordzistka Polski w maratonie?

- Gdybym szykowała się na rekord Polski i tak mało by mi zabrakło, wtedy byłabym może rozczarowana. Uważam jednak, że szykowaliśmy się na konkretny cel - minimum olimpijskie. To zostało spełnione. Przez to, że to się stało przez przypadek, nie noszę w sobie smutku. Wiadomo, że jest szkoda tej sekundy. Wiem jednak, że stać mnie na szybkie bieganie. Mam nadzieję, że dam radę jeszcze połamać ten rekord.

Jak wyglądały ostatnie miesiące przygotowań. Mam na myśli okres pomiędzy mistrzowskim maratonem w Oleśnie i tym w Dębnie.

- Do końca grudnia miałam okres roztrenowania. Przygotowania do maratonu  grudniowego były bardzo długie. Rozpoczęłam je już w czerwcu, chociaż nie były to jeszcze wtedy treningi stricte pod maraton. Były starty na bieżni, kiedy startowałam na 5 i 10 tysięcy metrów, a także występ na mistrzostwach świata w półmaratonie i mistrzostwa Polski na 10 km. Startów było dużo. Sam maraton zamiast 11 listopada, odbył się finalnie w grudniu. Przedłużyliśmy przygotowania, a ja czułam, że jestem już zmęczona. Dlatego potrzebowałam dłuższego odpoczynku. Wiedziałam, że w tym roku będzie już ciężej, bo będzie to ostatnia szansa, żeby zaatakować minimum. Przygotowania na dobre rozpoczęłam od stycznia. Miałam trzy miesiące solidnych przygotowań.

Wtedy w grudniu warunki na trasie odbiegały od wymarzonych. Trasa też nie była łatwa, a do tego ta wietrzna pogoda. Minimum nie wpadło wówczas do kieszeni. Czuła Pani w tamtym momencie jeszcze rezerwę na szybsze bieganie? 

- Trasa w Oleśnie mnie zahartowała. Mimo tego, że nie nabiegałam wtedy minimum na igrzyska, uważam, że ten start dużo mi dał i przygotował mnie na bieg w kwietniu. Wówczas trasa była ciężka, na każdej pętli mieliśmy podbieg, a do tego było wietrznie. Wiedziałam, że skoro wtedy pobiegłam 2:30.47, jestem w stanie urwać jeszcze dwie minuty w lepszych warunkach i na lepszej trasie. To, że przebiegłam maraton na tak ciężkiej trasie, mentalnie on mnie podniósł. W dodatku miałam nowe buty, które też pomogły mi w odniesieniu takiego rezultatu.

W pierwotnych założeniach miała pani wystartować w NN Mission Marathon, który na początku miał odbyć się w Hamburgu. Zmiana lokalizacji i daty wpłynęła na decyzję o przyjeździe do Dębna?

- Zgadza się. Tak były zaplanowane moje przygotowania, żeby zjechać ze Szklarskiej Poręby akurat na 10 dni przed maratonem w Hamburgu. Zazwyczaj tak zwany "dzień konia" mam pierwszego lub dziesiątego dnia po powrocie z obozów w tym miejscu. W tych dniach poprawiałam swoje życiówki. Wkrótce potem okazało się, że zawody w Hamburgu zostały odwołane i nie wiadomo było jeszcze, gdzie się one odbędą. Trener stwierdził, że najbezpieczniej będzie wystartować w Dębnie. Przestraszyliśmy się też zasad, które obowiązują podczas podróży w dobie pandemii.

Jakie są pani plany do czasu wyjazdu na igrzyska? Praca czysto treningowa, czy jednak może wkradną się jakieś starty kontrolne na krótszych dystansach?

- Stawiamy na treningi. Jestem zawodniczką, której starty pomiędzy maratonami nie służą. Teraz od grudnia byłam tylko w treningu i mój wynik był bardzo dobry. To nie jest tylko moja "przypadłość". Teraz również nie planujemy z trenerem żadnych startów. Chociaż jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, wydaje mi się, że kolejnym startem będzie już występ na igrzyskach olimpijskich.

Obawia się pani igrzysk w reżimie sanitarnym?

- Jeszcze o tym nie myślę. Do igrzysk jest jeszcze sporo czasu, więc może się to wszystko jeszcze zmienić. Jestem świadoma tego, że gdybym teraz się zamartwiała, nie pomogłoby mi to. Do końca kwietnia mam się zregenerować i wypocząć. Dopiero w maju zaczniemy planować.

Jakie są pani oczekiwania względem występu w Tokio? To zupełnie inny poziom rywalizacji niż ten w Polsce.

- Chcę walczyć o jak najlepszą lokatę. Wiem, że o rezultat czasowy będzie bardzo ciężko. Będą trudne warunki. Zresztą to igrzyska, więc stawka przyjeżdża walczyć o medal. Jeśli byłabym w pierwszej dwudziestce, byłabym szczęśliwa. To dopiero moje pierwsze igrzyska. Jestem trochę zestresowana. Nigdy nie startowałam na tak dużej imprezie. To będzie spełnienie moich największych marzeń. Boję się nieco stresu.

W ostatnim czasie nie brakowało dyskusji na temat zasad dotyczących obuwia startowego oraz grubości podeszwy. Pani zdaniem konkretne buty można uznać za swego rodzaju doping technologiczny? 

- Dopiero teraz miałam do czynienia z takimi butami i widzę ogromną różnicę. Jest większa amortyzacja, buty są lekkie i bardziej dynamiczne. Czuję się w nich pewniej. W jakimś stopniu być może to jest doping technologiczny. Trzeba mieć jednak na uwadze to, że teraz korzysta z takich butów cały świat, więc dlaczego my mamy odstawać. Postęp technologiczny jest bardzo istotny. Myślę, że gdybyśmy tego nie mieli, moglibyśmy bardzo odstawać od najlepszych biegaczy z innych krajów. Jesteśmy dzięki temu na równi. Teraz trzeba tylko ciężko pracować i walczyć z tymi najlepszymi. Ja w swoich butach zrobiłam wcześniej niewiele kilometrów. Nie chciałam już później w nich biegać. Treningi szły mi z taką lekkością, że bałam się, że tego uczucia nie byłoby już na maratonie. Na igrzyskach pobiegnę natomiast w nowych.

Oprócz biegaczki jest pani również marynarzem Marynarki Wojennej. To droga, dzięki której może pani ze spokojną głową trenować?

- Uważam, że Wojskowy Zespół Sportowy stworzył mi najlepsze warunki do trenowania. Myślę, ze dzięki temu w ogóle mogę trenować i realizować swoje marzenia. Gdyby nie wojsko, musiałabym iść do pracy. Ciężko byłoby mi pogodzić bieganie na takim poziomie z obowiązkami zawodowymi. Mogę skupić się tylko na bieganiu.

Do czego pani tak naprawdę biegnie? Jakie jest pani największe sportowe marzenie?

- Mam już minimum, ale ja jeszcze nie dotarłam do Tokio. Jeszcze tam nie wystartowałam. Głównym moim marzeniem było pojechać na igrzyska i zająć miejsce w pierwszej dwudziestce. Jeszcze tego nie spełniłam, więc jest to u mnie na pierwszym miejscu.

Rozmawiała: Aleksandra Bazułka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje