Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ. Trener Liska: marzeniem rekord świata

- By atakować poprzeczkę zawieszoną na sześciu metrach trzeba mieć wielką odwagę, ale lot to olbrzymia frajda. Moim i Piotrka Liska marzeniem jest rekord świata - mówi trener srebrnego medalisty mistrzostw świata Piotra Liska Marcin Szczepański.

Ich układ jest bardzo specyficzny. Znają się ze skoczni, byli i są kumplami. Lisek ma 25 lat, Szczepański jest... dwa lata starszy. Obaj się uczą i na razie świetnie im to wychodzi. Tak dobrze, że we wtorek w Londynie sięgnęli po srebrny medal mistrzostw świata.

"Zabawę w skoku o tyczce praktycznie razem zaczynaliśmy. Znaliśmy się ze skoczni. Nasze relacje są inne niż wszystkich - to prawda, ale świetnie się uzupełniamy" - przyznał.

Reklama

Szczepański ciągle się doszkala. Nawet w Londynie bierze udział w konferencji dla trenerów. Ale nawet z perspektywy czasu uważa, że przyjście do niego Liska było szalone.

"Mówiłem mu, żeby się zastanowił, ale Piotrek był zdecydowany. Oczywiście, że miałem wątpliwości. Każdy by je miał na moim miejscu. Początkowo miałem mu pomóc w przygotowaniach do mistrzostwa świata w Pekinie. I tak zostaliśmy razem" - wspomina.

Lisek to świetny materiał na tyczkarza. Trenerzy, którzy go obserwują mówią wprost - od czasów Siergieja Bubki nie było tak silnego zawodnika w tej konkurencji. On sam doskonale o tym wie.

"Jestem najcięższy, więc muszę mieć siłę. To idzie w parze" - zaznaczył zawodnik.

Sześć metrów Lisek już ma na rozkładzie, a to magiczna granica dla tyczkarza. Tyle zaliczył zimą. Na stadionie zawodnik OSOT Szczecin nigdy tak wysoko nie skakał. We wtorek poprawił rekord życiowy na 5,89 m.

"Najważniejsze dla nas jest, że ustabilizowaliśmy formę w granicach 5,80 - 5,90. Teoria mówi, że na co drugich zawodach powinno się wtedy atakować sześć metrów i co trzeci raz powinno wyjść" - mówił Szczepański.

Czemu Lisek nie jest tak dobry na stadionie jak w hali? Trener zna odpowiedź.

"W tym sezonie było dużo zmian. Łamały mu się tyczki, postanowiliśmy wziąć innego dostawcę, był też problem z bólem pleców. To wszystko ma duży wpływ. Trzeba wziąć też pod uwagę warunki zewnętrzne - deszcz, wiatr, temperaturę" - powiedział.

Zmiana tyczek następuje stopniowo. Najpierw był zamówiony jeden komplet, teraz drugi. To kosztowna "zabawa". By wyposażyć zawodnika w sprzęt potrzeba ok. 120 tys., zł. To jednak nie wszystko. Transport lotniczy też nie należy do tanich, a do tego tyczki potrafią się... zgubić. Dlatego właśnie Szczepański często sam wsiada w samochód i wiezie sprzęt dla zawodników. Tak, jak chociażby do Belgradu na halowe mistrzostwa Europy, w których Lisek zajął pierwsze miejsce, a Wojciechowski trzecie.

"Pakuję tyczki, wrzucam je na dach i jadę. Wtedy mam pewność, że na pewno dojadą. Nikt ich nie zgubi, nie połamie" - mówił PAP Szczepański.

Razem z Liskiem marzą o... rekordzie świata. "Tak chyba po prostu powinno być. Oczywiście stawiamy sobie cele krok po kroku. Po prostu trenujemy i nic nie obiecujemy. Nie rozmawiamy codziennie o wysokości 6,15 m. Ale kto by nie chciał jej pokonać?" - przyznaje.

Najtrudniejszy moment ich współpracy był po igrzyskach w Rio de Janeiro. Lisek zajął wtedy czwarte miejsce.

"Przeżyliśmy to obaj dosyć mocno. Medal był bardzo blisko. Na szczęście to dało nam jeszcze dodatkowego kopniaka. To nas zmotywowało do działania. Może dlatego potem na hali nam tak wyszło" - wspomina.

Lisek do poprawy ma jeszcze wiele. Zwłaszcza technicznie.

"Rozbieg, moment opuszczania tyczki w odpowiednim kroku rozbiegu, założenie pod wysokość, wyprowadzenie rąk. Ten element na rozbiegu jest najważniejszy, bo jak to wszystko zagra i zrobi się prawidłowo, to potem u góry co by się nie zrobiło, to wystrzeli na tę odpowiednią wysokość" - tłumaczy Szczepański.

Tyczkarze to grupa, która w lekkoatletyce najbardziej się przyjaźni. Polacy - Wojciechowski, Lisek i Robert Sobera (nieobecny w Londynie z powodu kontuzji) to kumple. Często się zakładają, bawią, chodzą wspólnie na kolacje. Nie ma zawiści.

Zresztą tak samo jest wśród zagranicznych rywali. Wojciechowski i Amerykanin Sam Kendricks to przyjaciele. W trakcie konkursów - nawet, gdy stawką jest medal mistrzostw świata - wszyscy sobie pomagają. Pokazują, gdzie były błędy, klepią po barkach, ściskają się. Takiej rodzinnej atmosfery jak na skoczni od tyczki nie ma w żadnym innym miejscu na stadionie.

"Tyczkarze rywalizują z wysokościami, a nie ze sobą. Może nie wszyscy się lubią, ale na pewno szanują. Tak samo jest z trenerami. Dogadujemy się bardzo dobrze. Podpowiadamy nawet na konkursach" - podkreślił Szczepański.

Z Londynu - Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje