Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ: polsko-niemieckie pojedynki o medale

Polsko-niemieckie pojedynki na rzutni mogą być ozdobą rozpoczynających się w sobotę w Moskwie 14. lekkoatletycznych mistrzostw świata. Jako pierwsi w eliminacjach 12 sierpnia zmierzą się dyskobole - Piotr Małachowski i broniący tytułu Robert Harting.

Psychologiczną przewagę ma zawodnik Śląska Wrocław. To właśnie on ma najlepszy w tym sezonie wynik - 71,84. Poza tym przerwał w mityngu w Hengelo serię 37 zwycięstw Niemca. Ale... To jednak Harting jest mistrzem olimpijskim, świata i Europy. To, że między nimi rywalizacja jest ostra, widać chociażby po gestach. W 2010 roku, gdy "Machałek" sięgnął po złoto mistrzostw Europy, Niemiec nie podał mu nawet ręki.

- Zaznaczam jednak, że nie prowadzę z nim żadnej prywatnej wojny. To w dużej mierze nakręciły media. Natomiast zgadza się, że nie podał mi ręki, reaguje bardzo żywiołowo, ale to nie jest nic wielkiego. On ma po prostu taki charakter i nie potrafi przegrywać. Teraz jest wszystko w miarę ok. Do tej pory on był takim króliczkiem, którego się goniło. Ja go w Hengelo złapałem. Tym kolejnym króliczkiem będzie złoty medal w Moskwie - powiedział Małachowski.

Reklama

Porażka w holenderskim mityngu Niemca zabolała. I to bardzo. Sam przyznał, że brutalnie został sprowadzony na ziemię i zapowiedział, że do rywalizacji w Rosji będzie jeszcze lepiej przygotowany.

- Nie boję się Małachowskiego, który od lat jest jednym z moich największych rywali. Ale to właśnie Polak sprawił, że znowu stąpam po ziemi. Nie przegrałem od niemal trzech lat. Powoli zaczynałem wierzyć, że tak zostanie. Taka porażka dobrze mi zrobiła. Pokazała mi błędy, jakie popełniam, zmusiła do analizy - zaznaczył Harting, który w tym sezonie rzucił dyskiem na odległość 69,91 m.

Finał tej konkurencji - 13 sierpnia o godz. 17 czasu warszawskiego. Dzień później do koła po raz pierwszy wejdzie Anita Włodarczyk (RKS Skra Warszawa). Była rekordzistka świata w rzucie młotem i tym razem celuje w podium. Jedną z jej głównych rywalek będzie Betty Heidler. Stosunki z Niemką były napięte, teraz obie zaznaczają, że może nie są przyjaciółkami, ale się tolerują.

- Ja nigdy w stosunku do niej nic nie miałam. To ona zawsze była negatywnie nastawiona. Zmieniło się to po igrzyskach w Londynie, kiedy wywalczyła brąz. Teraz normalnie przyjdzie, pogratuluje, nawet się uściskamy. Ale zobaczymy jak będzie w mistrzostwach świata - oceniła Włodarczyk.

- Podopieczna Krzysztofa Kaliszewskiego kiedyś wolała rzucać przed Niemką. - Jak zaczynałyśmy rywalizować, wolałam startować przed nią. Teraz nie ma to już dla mnie większego znaczenia. Ona była takim typem zawodnika, że jak ja daleko rzuciłam, ona nie potrafiła już się zmobilizować. Teraz niestety w tym elemencie się poprawiła - powiedziała zawodniczka Skry, która w tym sezonie ma trzeci wynik na świecie - 76,93.

Heidler rzuciła 76,48 i nie może doczekać się spotkania z Włodarczyk. - Z Anitą lubię walczyć, zawsze nasze pojedynki są szczególne. To rywalka bardzo wysokiego poziomu, która zmusza mnie do dodatkowego wysiłku. Nasza rywalizacja sprawia, że obie chcemy być górą, ale jednocześnie wiemy, że musimy rzucić naprawdę daleko, by wygrać. W sporcie nie ma lepszego bodźca niż właśnie konkurent na takim samym poziomie - przyznała.

Najgroźniejsze są jednak Rosjanki - mistrzyni olimpijska Tatiana Łysenko (78,15) i Oksana Kondratiewa (77,13). Rozstrzygnięcia medalowe zapadną 16 sierpnia.

Również trzeci z polskich kandydatów do medalu, dwukrotny mistrz olimpijski Tomasz Majewski (AZS AWF Warszawa) ma groźnego przeciwnika z Niemiec - obrońcę tytułu Dawida Storla. Obaj mają teraz szanse na brązowy medal.

- Walka o złoto rozstrzygnie się między dwoma Amerykanami - Ryanem Whitingiem a Reesem Hoffą. Oczywiście to sport i wiele może się wydarzyć, ale chyba nie tym razem - ocenił podopieczny Henryka Olszewskiego.

Pozostaje zatem walka o brąz, a w niej znowu Majewski może "bić się" ze Storlem. Tak było w igrzyskach w Londynie. Polak był pierwszy, Niemiec drugi. Dwa lata temu w mistrzostwach świata w Daegu górą był Storl.

- Tomek wielokrotnie pokazywał klasę. Nie przez przypadek zostaje się dwa razy mistrzem olimpijskim. To facet z bardzo mocną głową. Jest znacznie bardziej doświadczony, dlatego też często go obserwuję - jak się zachowuje w trakcie konkursu, a także przed nim. Muszę też od kogoś się uczyć. Na walkę w Moskwie będę dobrze przygotowany - zaznaczył Storl.

Konkurs pchnięcia kulą tym razem zostanie rozegrany nietypowo. Nie tylko zawodnicy muszą na swój start poczekać do szóstego dnia zawodów (zazwyczaj odbywał się pierwszego), to dodatkowo eliminacje i finał odbędą się w dwóch różnych dniach.

- Nie podoba mi się to, ale nie mam na to wpływu. Wolę układ olimpijski - pierwszego dnia, rano eliminacje, wieczorem finał i po sprawie - powiedział Majewski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje