Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ: Pechowa Felix lepsza od Bolta, ale w jego cieniu

Allyson Felix to jedna z najbardziej niedocenianych lekkoatletek. Ciągle w cieniu jamajskiej gwiazdy Usaina Bolta, nie szuka jednak poklasku, a wygrywa nie mniej od niego. W Moskwie jednak miała wielkiego pecha. Mogła mieć złoto mistrzostw świata, ma kontuzję.

Już teraz można powiedzieć, że amerykańska sprinterka to jedna z najbardziej pechowych lekkoatletek na Łużnikach. W finale biegu na 200 m miała rywalizować ze zwyciężczynią 100 m Jamajką Shelly-Ann Fracer-Pryce, upadła jednak po 50 m na bieżnię i chwyciła się za nogę. Na tartan wbiegł jej brat-menedżer, na rękach doniósł ją do mety. Ona płakała, a służby medyczne rozkładały ręce i tłumaczyły, że nie mogą z noszami wjechać tak daleko.

Reklama

Diagnoza - naderwany mięsień dwugłowy uda. Mimo wszystko Felix nie załamuje rąk. W niedzielę sztafeta 4x100 m. "Może zdążę" - powiedziała. Z medycznego punktu widzenia to jednak mało realne.

W Moskwie miała startować w trzech konkurencjach - 200 m i dwóch sztafetach. Miała sięgnąć po przynajmniej jedno złoto. To by jej wystarczyło, by stać się najlepszą w historii lekkoatletyki.

Na koncie ma już teraz osiem złotych medali mistrzostw świata, zdobytych w latach 2005-2011. Takim dorobkiem może poszczycić się tylko dwóch zawodników w historii: jej rodacy Carl Lewis i Michael Johnson. Na razie w tyle jest nawet Usain Bolt. Jamajczyk ma wielką szansę, by tej trójce dorównać. Wystarczy, że w Moskwie wygra jeszcze sobotni finał na 200 m i pomoże w zwycięstwie sztafecie 4x100.

Po igrzyskach w Londynie na wielu forach dyskutowano na temat ewentualnego związku najbardziej obecnie utytułowanych lekkoatletów - Felix i Bolta. Wypowiadali się nawet naukowcy, że przy idealnym układzie genów dziecko tej pary byłoby w stanie pobić wszelkie rekordy świata od 100 do 400 m włącznie. I bez znaczenia byłaby płeć dziecka.

Felix jednak już od dawna spotyka się bowiem z amerykańskim płotkarzem Kennethem Fergusonem. Dodatkowo pojawia się pytanie, czy Bolt byłby w stanie poślubić kobietę, która na bieżni może poszczycić się jeszcze większymi sukcesami od niego?

"Jestem bardzo zdenerwowana. To jedne z najważniejszych zawodów w moim życiu" - mówiła tuż po wylądowaniu w Moskwie. Wiedziała doskonale, że właśnie na Łużnikach może rozpocząć pisanie nowej historii lekkoatletyki. Nie przypuszczała, że marzenia skończą się tak brutalnie. Mimo wszystko nie będzie łatwo jej konkurentkom ją dogonić. Zwłaszcza, że nawet nie myśli na razie o zakończeniu kariery.

Ten sezon od samego początku nie był dla niej łatwy. Z różnych względów. Po igrzyskach w Londynie czuła się zmęczona fizycznie i emocjonalnie. Kompletnie zgubiła motywację do kolejnego roku ciężkich treningów. Zdobyła nad Tamizą trzy złote medale - tak samo jak Bolt, ale nie cieszyła się takim zainteresowaniem. Zresztą tak jest i teraz.

Londyn był dla niej szczególny, bo chciała udowodnić też coś sobie. Miała już trzy tytuły mistrzyni świata na 200 m, ale chciała ten najważniejszy - chciała swoją dominację udowodnić na igrzyskach. Udało się i kamień spadł jej z serca.

Eksperci dziwią się, skąd u niej takie wyniki. Jest kompletnie różna od innych zawodniczek. Szczupła, długonoga i bardzo skromna. Nigdy nie rzuca się w oczy. Lubi być w cieniu.

"W tym roku odpuściłam dużo. Nie startowałam zbyt wiele. Nie chciałam narażać swojego ciała na kolejne obciążenia" - przyznała.

I na pewno do tej pory ten sezon nie był najlepszy. Przegrała chociażby z dużą stratą w mityngu Diamentowej Ligi w Rzymie z reprezentantką Wybrzeża Kości Słoniowej Murielle Ahoure.

Problem polega na tym, że gdyby taka porażka przytrafiła się Boltowi, pisałby o tym cały świat. U niej dostrzegły to jedynie amerykańskie media, choć nie wszystkie. To, ile ma medali złotych, srebrnych czy brązowych, jak powiększa swoją kolekcję i w jakim miejscu jest w porównaniu do najlepszych, niewiele osób interesuje. To liczą statystycy. Boltowi liczy cały świat.

27-letnia Felix to cicha bohaterka wszystkich zawodów rangi mistrzowskiej. Jedyną ekstrawagancję na jaką sobie pozwala to kolorowe, długie skarpetki. Nie udziela kontrowersyjnych wywiadów, nie ma bulwersujących poglądów, nie robi wokół siebie szumu. Nawet o swoim talencie mówi: "dostałam go od Boga".

I co najważniejsze... wcale jej nie przeszkadza, że jest w cieniu Bolta - mniej utytułowanego od siebie zawodnika. "To dzięki niemu mówi się o lekkoatletyce. To on sprawia, że ludzie znowu się nią interesują. Dziękuję mu za to" - powiedziała w jednym z wywiadów.

Ale tak naprawdę to ona mogłaby ciągnąć ten wózek zwany lekkoatletyką...

Z Moskwy - Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje