Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ. Paweł Wojciechowski odreagowuje po nerwowych kwalifikacjach

Paweł Wojciechowski nie rozpoczął najlepiej lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie, ale trzecią próbą na 5,70 zapewnił sobie awans do finału skoku o tyczce.

Najpierw zgubiony sprzęt, potem nerwy w eliminacjach - pobyt Wojciechowskiego w Londynie nie zaczął się najlepiej, ale jest dobrej myśli. - Oddałem ostatni skok eliminacji, oddam też ostatni w finale - zapowiedział.

Reklama

W nim powalczy m.in. z Piotrem Liskiem. Zawodnik OSOT Szczecin był jednym z tych, którzy w pierwszym podejściu pokonali 5,70 i ze spokojem mogli obserwować, co robią rywale.

Nerwowo było zwłaszcza w "obozie" Wojciechowskiego (CWZS Zawisza Bydgoszcz SL). Mistrz świata z Daegu (2011) jest w znakomitej formie, o czym świadczą wyniki uzyskiwane w mityngach. Co z tego, skoro w niedzielę jego próby często były chaotyczne. W trzecim podejściu rozprawił się z wysokością 5,60 i również w trzecim z 5,70. To dało już finał.

- Mętlik w głowie. Na każdym treningu pokonuję przecież 5,70 i w ten sposób próbowałem to sobie tłumaczyć. Najgorsza w eliminacjach jest świadomość, że trzeba skoczyć, ale za bardzo człowiek nie wie, jak to zrobić. Wziąłem miękkie tyczki, gdzieś to w głowie siedziało, dlatego bałem się iść na całość, a jak zaczynam się zastanawiać, to wychodzą buble - skomentował.

Stres teraz minął. Finał jest. Walka o medale to nowe rozdanie. - Powiedziałem chłopakom, że oddałem ostatni skok eliminacji, do mnie będzie też należał ostatni skok w finale - oświadczył odważnie Wojciechowski.

Ma podstawy ku temu, aby być pewnym siebie. W końcu jest wiceliderem światowej tabeli wyników. Uzyskał 5,93, co jest rekordem Polski na stadionie. Czuje się też pewnie - fizycznie i psychicznie, a to zwłaszcza w konkurencjach technicznych jest kluczem do sukcesu.

- Znam rozbieg, znam skocznię i wiem, co trzeba zrobić - zapewnił i dodał: - Trzeba biegać i skakać na chama.

Taki jest też plan na finał. A eliminacje? Najlepiej szybko o nich zapomnieć. - Najważniejsze, że dobrze się skończyło. Obejrzę te skoki raz i szybko skasuję - zapowiedział.

Stresowych sytuacji w tym roku Wojciechowski miał sporo. Dwa razy zaginęły mu tyczki. Raz po mityngu w Rabacie. Czekał na nie półtora tygodnia. Musiał skakać na starych w mistrzostwach Polski. I teraz. Przyjechał do Londynu, ale gdzieś po drodze zagubił się sprzęt.

- Strasznie się denerwowałem. Nie miałem żadnej alternatywy. Nie mogłem znowu czekać półtora tygodnia. Nie miałem tyle czasu. Jeszcze kontakt z lotniskiem Heathrow był mierny. Stresowałem się do wieczora, a jak przyjechały, to zacząłem się denerwować zawodami. Nie mogłem zasnąć, spałem pięć godzin i mimo wszystko wstałem wypoczęty, dopiero teraz jestem zmęczony i głodny. Będę przez 48 godzin odpoczywać i jeść - śmiał się.

Finałowa rozgrywka zaplanowana jest na wtorek. A Wojciechowski marzy o złocie. Drugim w karierze.

- Wiem, że jestem w formie na złoty medal, ale boję się, że popełnię jakiś szkolny błąd, tak jak w eliminacjach. Porażka z samym sobą boli najbardziej - przyznał.

Podopieczny Wiesława Czapiewskiego od dwóch lat przyjaźni się z liderem światowej tabeli wyników Samem Kendricksem. Amerykanin jako jedyny w tym sezonie skoczył sześć metrów. Mimo wszystko w eliminacjach - na wysokości 5,60 też miał problemy. Wspierali się wzajemnie niemal po każdej próbie.

- Uczę się od Sama wielu rzeczy, mimo że jest młodszym tyczkarzem, ale jest na tyle innowacyjny, że staram się go naśladować. Jesteśmy dobrymi kumplami, o ile nie przyjaciółmi. Wspieramy się na zawodach i potem utrzymujemy kontakt między mityngami. Dwa lata temu jak byłem po raz pierwszy w Eugene na Diamentowej Lidze, poznaliśmy się lepiej. Mamy podobne zainteresowania, podobnie spędzamy wolny czas, dzielimy się grami na konsoli - mówił Wojciechowski.

Przed eliminacjami zaryzykował Lisek. Postanowił jeszcze zrobić ciężki trening, licząc, że 5,70 uda się skoczyć nawet na zmęczeniu.

- Te skoki nie wyglądały dobrze technicznie, dlatego jestem zadowolony. Z takiej słabej próby udało się zaliczyć w pierwszym podejściu 5,70. To dobrze wróży na finał - ocenił.

Jego tyczki też nie doszły. On się jednak już wcześniej zabezpieczył. Zamówił dodatkowy komplet, który przyleciał do Londynu ze Stanów Zjednoczonych. Na miejscu był wcześniej niż on. Jest jednak zadowolony, że ma ze sobą znany mu komplet.

- Pocałowałem je i teraz dwie noce muszą spędzić same na stadionie - dodał.

Dwa lata temu w Pekinie Lisek i Wojciechowski stanęli na najniższym stopniu podium. Teraz pierwszy z nich nie chciał odpowiedzieć na pytanie, czy brąz wziąłby w ciemno. - W eliminacjach bardzo dobrze wyglądał Francuz Renaud Lavillenie i Paweł Wojciechowski, mimo że miał parę nieudanych prób - ocenił Lisek.

Niespodzianek nie było. Wszyscy najmocniejsi rywale w finale są. A ten odbędzie się we wtorek o godz. 20.35 czasu polskiego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje