Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ. Justin Gatlin - kibice gwiżdżą, rywale szanują

Brytyjskie media, jak i wielu kibiców, Justina Gatlina nazywają oszustem i dopingowiczem. Mistrz świata w biegu na 100 m wzbudza skrajne emocje. O tym, że zasługuje na szacunek mówią natomiast Amerykanie i Usain Bolt.

Buczenie, gwizdy - z takim zachowaniem publiczności 35-letni Gatlin musi radzić sobie od lat. To persona non grata wielu stadionów. Przekonał się o tym też na Stadionie Olimpijskim w Londynie. Każde jego pojawienie się na bieżni wzbudzało negatywne emocje. Kibice traktowali go z pogardą. Za co?

Reklama

Powodów jest kilka. Mówią o nim oszust, dopingowicz, obłudnik. Przez zagraniczne media okrzyknięty był wiele lat temu "złym chłopcem" lekkoatletyki. Dwukrotnie złapany na stosowaniu niedozwolonych środków, nie jest w stanie pozbyć się wizerunku kłamcy.

Dlaczego? Bo skrócono mu dyskwalifikację, a właściwie powinien dostać dożywotnią, gdyż za drugą wpadkę takie są kary - mówią niemal wszyscy. On zgodził się na współpracę ze Światową Agencją Antydopingową (WADA), został świadkiem koronnym i w procesie zeznał przeciwko własnemu trenerowi. Został zawieszony na cztery lata i wrócił do rywalizacji w 2010 roku.

Teraz znalazł się znowu na podium, na najwyższym jego stopniu i to akurat w momencie, kiedy bohaterem miał zostać po raz kolejny Bolt. Król sprintu żegna się w Londynie z bieżnią. Cudowne dziecko lekkoatletyki jest uwielbiane przez kibiców na całym świecie. Jamajczyk stał się idolem - dla tych młodszych i starszych. Inspirował, fascynował, rozkochał. Taki właśnie jest i - jak oczekiwali absolutnie wszyscy - z karierą miał pożegnać się złotym medalem mistrzostw świata na 100 m.

Tak się jednak nie stało. Królem sprintu w Londynie został... Gatlin. O ironio! Bolt musiał zadowolić się brązem. Tylko lub aż - biorąc pod uwagę jego tegoroczne wyniki.

Potem doszło jednak do pięknej sceny. Jamajczyk był pierwszym, który pogratulował Amerykaninowi. A Gatlin? Ukląkł przed Boltem i oddał mu hołd. Bo on też wie, że z bieżni schodzi legenda, o której będą przez dziesiątki lat opowiadać wszyscy. Tak jak o Jesse Owensie, czy Carlu Lewisie.

I bez względu na rozstrzygnięcia na mecie na Stadionie Olimpijskim w Londynie, to właśnie Bolt był bohaterem wieczoru. Gatlin doskonale to rozumiał i nie zrobił nawet rundy honorowej. Podszedł tylko do najbliższych i szybko zniknął. Zresztą... postąpił słusznie. Na każdym kroku spotykał się z gwizdami. Czy słusznie? Czy Brytyjczycy mają w ogóle prawo w ten sposób reagować?

Paweł Januszewski, były rekordzista Polski w biegu na 400 m przez płotki, uważa, że tak. - Gatlin był dwukrotnie zdyskwalifikowany, oszukiwał. Musimy na to jednak spojrzeć też z drugiej strony - karę odbył. To zawsze trudna decyzja, ale ja jestem zdania, że nie powinien być w ogóle dopuszczony do rywalizacji - powiedział .

Jak dodał, ludzie poprzez buczenie i gwizdy pokazują swoje niezadowolenie. - Przepisy i układy to jedno, ale kibic ma do tego prawo, by okazać swoją niechęć.

Tylko, czy akurat Brytyjczycy? W ich kraju o dopingu też było często głośno. Nie trzeba szukać daleko. W sprincie nie tak dawno mieli przecież Dwaina Chambersa. Też wpadł na stosowaniu niedozwolonych środków. Długo toczył się spór, czy powinien pojawić się jeszcze na bieżni. Wrócił i to z sukcesami. Anglicy to zaakceptowali, mimo że potem wydał głośną książkę, w której wyznał: "każdego dnia brałem doping".

Teraz wielkim bohaterem brytyjskiej lekkoatletyki jest Mo Farah. Czterokrotny mistrz olimpijski w biegach na 5000 i 10 000 m. Na tłumy działa prawie tak jak Bolt i wzbudza taki sam podziw. Angielskie gazety jednak wprost piszą o dopingowych podejrzeniach. W końcu jego trenerem jest Alberto Salazar, który oskarżony został o podawanie zabronionych środków swoim podopiecznym. Czy wśród nich był Farah? Tego nigdy nie udowodniono i brytyjscy kibice nie chcą w to uwierzyć.

- To hipokryzja, ale swoim więcej się wybacza. U siebie ludzie milczą, ale na innych obiektach nie zaakceptują takich wpadek jak miał chociażby Chambers - zauważył Januszewski.

Gatlin krytyką się nie przejmuje. - Wszystko mi jedno, co inni myślą - twierdzi. Na wszelkie pytania, dotyczące dopingu odpowiada: - Czy będę musiał na nie reagować do końca życia?.

Parę lat temu w jednym z wywiadów tłumaczył, dlaczego właściwie wrócił na bieżnię po czteroletniej dyskwalifikacji.

- Mojej mamie ze zmartwienia wypadły włosy, mój ojciec musiał walczyć z depresją, a ja mocno przytyłem. Powiedziałem sobie, że tak długo będę walczyć, dopóki mam siły. A to właśnie robię od 2010 roku - zaznaczył.

Januszewski też żałuje, że to Gatlin okazał się w sobotnim finale mistrzostw świata na 100 m szybszy od Bolta.

- Do story pasowałoby, by Jamajczyk zszedł z bieżni niepokonany. Ten bieg był jednak swoistym symbolem. Musiał przegrać akurat z Gatlinem. Taki jest urok sportu, że nie wygrywa ten, który powinien, a ten który w danym dniu jest lepszy - podkreślił. Bolt Gatlina szanuje. Powtarzał to w sobotę wielokrotnie. Zresztą... Prywatnie nawet się przyjaźnią, chodzą razem na imprezy, żartują. Trener Jamajczyka Glen Mills też kilkakrotnie mówił: - To Justin wymógł na Usainie szybsze bieganie. Pchał go do sukcesów, wiele mu zawdzięcza.

Amerykańskie media też apelują: "Justin zasługuje na szacunek. Szacunek i podziw za to, że będąc na dnie potrafił się podnieść. Każdy z nas popełnia błędy. Czy właśnie na nich się nie uczymy?" - napisał portal wiresports.

O przyjaźni z Boltem mówi też wprost sam Gatlin: - Media wykreowały naszą rywalizację. Wielu myśli, że się nie lubimy, walczymy ze sobą. A jest dokładnie odwrotnie. Spędzamy ze sobą wiele czasu, żartujemy, wychodzimy na imprezy. Szanujemy się nawzajem.

Dowiedz się więcej na temat: Justin Gatlin | lekkoatletyczne MŚ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje