Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne MŚ. Fajdek: Nie wyobrażam sobie, że tego nie wygram

Paweł Fajdek nie miał żadnych problemów z dostaniem się do finału lekkoatletycznych mistrzostw świata w rzucie młotem. - Nie wyobrażam sobie powrotu z Londynu bez złotego medalu - powiedział wprost obrońca tytułu.

Jest pewny siebie, ale ma ku temu przesłanki. Jest liderem tegorocznej listy wynikiem 83,44 m. Drugiego w tabeli Wojciecha Nowickiego wyprzedza o prawie trzy metry. Dodatkowo jest obrońcą tytułu, a w Londynie walczy o hat-tricka. Wygrywał bowiem w MŚ dwa lata temu w Pekinie i w 2013 roku w Moskwie.

Ale eliminacje to spore nerwy. Również, a może przede wszystkim, dla niego. Przed rokiem w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro też był faworytem. Nie wszedł do finału po fatalnym występie w kwalifikacjach.

Reklama

W środę w Londynie rozpoczął od 71,43 m. Eliminacyjna odległość wynosiła 75,50 m.

- Młot uderzył w koło, dlatego było tak blisko. Drugi rzut też był asekuracyjny, ale pobudziłem się mocno. Pokrzyczałem sobie i to pomogło. Gdzieś ten stres odszedł i można było spokojnie wykonać próbę. Technicznie była bardzo dobra. Było to 50-60 procent możliwości i naprawdę bardzo fajnie. Jestem superprzygotowany. Teraz ciśnienie, które we mnie było cały rok, po prostu zeszło - przyznał.

W drugiej kolejce kwalifikacji miał 76,82 m i mógł ze spokojem się spakować.

- Dobrze wiemy, jak było rok temu. W tym sezonie jest nowy rozdział. Londyn odczarowany. Kwalifikacje przebrnąłem, więc jest nieźle. Zostało teraz się wysuszyć, zrobić trening i w piątek przyjechać na finał - powiedział.

Stadion Olimpijski w stolicy Wielkiej Brytanii nie był dla niego dotychczas szczęśliwy. Przed pięcioma laty w igrzyskach zaliczył trzy nieudane próby i z bólem żegnał się z myślą o medalu olimpijskim.

W piątek mocno padał deszcz. Było też zimno, bo termometr wskazywał zaledwie 10 stopni Celsjusza.

- Deszcz mi nie przeszkadzał, bo to koło jest super. W takim mokrym kole, jak tu jest, można bić rekordy świata. Jest bardzo szybkie, a przy tym trzyma. To rzadko się spotyka. Oczywiście jak jest suche, to jest trochę wolne, ale na takich też rzucam. W ogóle się tym nie przejmuję. Kwestia tylko tego, jak potoczy się konkurs - wspomniał podopieczny Jolanty Kumor.

Fajdek wyraźnie odetchnął i przyznał, że najgorsze jest już za nim. W finale może wydarzyć się wszystko, ale on sam nie wyobraża sobie, by w nim nie wygrał.

- To będzie całkowicie inny konkurs. Nie ma minimów. Każdy będzie rzucał na sto procent. Kwestia, kto pierwszy zbliży się do granicy 80 metrów. Jednych to pobudzi, a drugich usztywni i konkurs się zacznie. Przy suchym kole i osobach, które rzucają siłowo może być ciekawie, nie poślizgną się i mogą być fajne wyniki - uważa mistrz Europy.

Wśród najgroźniejszych rywali wymienił Mołdawianina Siergieja Margiejewa, Słowaka Marcela Lomnicky’ego i Nowickiego.

- W piątek może być w końcu jakieś odrodzenie młota, bo przez ostatnie 2-3 lata trochę było słabo - przyznał.

On sam presji nie czuje. - Jestem w finale i wiem, że już sobie poradzę. Uwielbiam rozgrywki o medale. Teraz tylko bez horroru dostać się do ósemki i spokojnie do samego końca rzucać jako ostatni - powiedział.

Nowicki w drugiej grupie eliminacyjnej już w pierwszej próbie uzyskał 76,85. Finał zaplanowany jest na piątek na godz. 21.30 czasu polskiego. Wśród kobiet triumfowała Anita Włodarczyk, a trzecia była Malwina Kopron.

Z Londynu - Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL