Reklama

Reklama

Lekkoatletyczne HMŚ - Lewandowski: Nie wiem, czy pobiegnę na 800 m

Marcin Lewandowski (SL WKS Zawisza Bydgoszcz), czwarty zawodnik mistrzostw globu na 800 m, nie podjął jeszcze decyzji, na jakim dystansie wystartuje w halowych mistrzostwach świata w Sopocie. We wtorek kończy treningi w RPA i rozpoczyna sezon pod dachem.

Po raz pierwszy zdecydował się pan na przygotowania do sezonu halowego. Jak one przebiegają?

Reklama

Marcin Lewandowski: - Bardzo dobrze. Czuję się jak nigdy w tym okresie, ale to naturalne, bo nigdy się nie szykowałem do sezonu zimowego. Był on jedynie "po drodze", w trakcie przygotowań do rywalizacji na stadionie. Mimo że halowe mistrzostwa świata nie są najważniejszą imprezą w roku, to chciałbym osiągnąć dobrą formę.

Kiedy rozpoczął pan treningi?

- Szybciej niż zazwyczaj, bo już pod koniec października. Pierwszy raz pojechałem na zgrupowanie do Flagstaff. Tam byłem trzy tygodnie, wróciłem na kilka dni, by odpocząć i wybrałem się do Etiopii. Święta spędziłem w Polsce, a teraz jestem w RPA. Ale nie w Potchefstroom, jak w poprzednich latach, a w Pretorii. Potrzebowałem do realizacji treningów stadionu z tartanem. Kończę zajęcia 28 stycznia i lecę od razu do Duesseldorfu, gdzie czeka mnie pierwszy start.

Zamierza pan startować wyłącznie na swoim koronnym dystansie 800 m? 

- W Niemczech będzie to 1500 m. Później dwa razy pobiegnę 800 m - 1 lutego w Karslruhe i 6 lutego w Sztokholmie. Być może w Szwecji będzie 1000 m i wtedy wykorzystałbym okazję, by spróbować sił właśnie na takim dystansie. Jeszcze przed halowymi mistrzostwami świata wystąpię w Birmingham na 1500 m. Będę miał wówczas pełny obraz, jak wygląda moja dyspozycja i czego się spodziewać po MŚ. Na mistrzostwach Polski w Sopocie (22-23 lutego) będę już musiał podjąć decyzję, na jakim dystansie wystąpię w mistrzostwach świata.

... które także rozegrane zostaną w Sopocie.

- To olbrzymia promocja naszej dyscypliny w Polsce. Każdy sukces w tej imprezie nakręci trochę młodzież. Chciałbym, żeby nastąpił boom, jak to było po medalach Adama Małysza. Sukces na własnej ziemi jest podwójny. Sportowiec wdaje się w rolę patrioty, kibic utożsamia się ze swoim reprezentantem, wspierając go i dodając sił. W ten sposób indywidualny start w mistrzostwach ukazuje siłę drużyny, którą tworzą zawodnicy i kibice. I właśnie dlatego postanowiłem do tego sezonu pod dachem podejść poważnie. To szansa, by pokazać się polskiej publiczności, podziękować swoją postawą sponsorom. Tym bardziej postaram się dobrze wypaść. Medal byłby olbrzymim sukcesem.

Dołączyła do waszej grupy Angelika Cichocka. Jak panu się z nią trenuje?

- Znamy się od lat. Jeździliśmy razem na obozy, mimo że byliśmy u innych trenerów. Teraz trafiła do nas i dla mnie to też dobrze. We dwójkę zawsze raźniej. Zwłaszcza na zgrupowaniach takich, jak w Etiopii, kiedy byliśmy sami. Przy posiłkach jest z kim porozmawiać czy w wolnym czasie zagrać w karty. Trenujemy jednak osobno. Tylko niektóre zajęcia udaje się łączyć. Angelika jest zabawna i wesoła, to też pomaga, szczególnie, kiedy ćwiczymy wspólnie.

W tym roku wybrał pan na przygotowania dobrze znane kraje, jak Etiopia i RPA... Nie brakuje nowych bodźców?

- Byłem wcześniej w Etiopii, ale tylko raz. Tam jest bardzo wysoko, bo 2700 m n.p.m. Bodziec jest i to bardzo duży. Poza tym sam fakt, że przygotowuję się pod sezon halowy, to spora zmiana. Do tej pory startowałem tam wyłącznie "z marszu".

Rok 2013 to nie tylko czwarte miejsce w mistrzostwach świata, ale również narodziny córki. Czy życie pana mocno się zmieniło?

- Oj tak. Musiałem stać się bardziej odpowiedzialny. Jest na pewno więcej obowiązków, ale chwile spędzone w domu są bardzo miłe, a radość, którą tam otrzymuję, pomaga mi w treningach. Będąc w domu staram się robić przy małej Mia, bo tak ma na imię, wszystko. Doskonale wiem, że wiele rzeczy mnie ominie z racji wyjazdów, dlatego staram się nadrobić ten czas. Jak jestem przy niej, to ją kąpię, ubieram, kładę do snu. Gdy wyjeżdżam, czuję żal. Córka ma cztery i pół miesiąca, ale każdy tydzień to są olbrzymie zmiany. Na szczęście technologia poszła do przodu i na kamerce skype staram się codziennie ją obserwować. Poza tym żona przysyła mi mnóstwo zdjęć. Wiem, że to nie to samo, co być na miejscu, ale na pewno jest nieco łatwiej.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama