Lekkoatletyczna Polska w żałobie. Potencjał na rekord świata. Adam Galant nie żyje
Smutną wiadomość na początku tygodnia przekazał Polski Związek Lekkiej Atletyki - w wieku 73 lat zmarł Adam Galant, były halowy wicemistrz Europy z Rotterdamu w biegu na 60 metrów przez płotki, posiadacz w tamtym czasie najlepszego wyniku na świecie. I wielki talent, wskazywany jako potencjalny medalista igrzysk i rekordzista globu. Do Monachium jednak nie poleciał, kolejne możliwości zabrała mu fatalna kontuzja. A jego legendarny trener Andrzej Radiuk po latach mówił o "fizycznym fenomenie"

"Polski Związek Lekkiej Atletyki ze smutkiem przyjął informację o śmierci Adama Galanta, czołowego płotkarza lat 70., medalisty halowych mistrzostw Europy" - tak zaczyna swoją wiadomość związek, który przekazał informację o jednym z największych talentów wysokich płotków w polskiej lekkoatletyce. Talencie niespełnionym - przez swoją jedną złą decyzję, ale i błędy lekarskie.
Adam Galant, były halowy wicemistrz Europy, zmarł w wieku 73 lat.
Polska lekkoatletyka w smutku. Zmarł Adam Galant, były halowy wicemistrz Europy w biegu na 60 m przez płotki
Na początku lat 70. polska miała bardzo mocną grupę płotkarzy: braci Leszka i Mirosława Wodzyńskich oraz Marka Jóźwika, później cenionego komentatora i dziennikarza sportowego. I do tej grupy dołączył Adam Galant, rocznik 1952, wychowanek Osy Zgorzelec, a od 1971 roku reprezentujący już Górnika Wałbrzych. Dość szybko okazało się, że ze starszymi i utytułowanymi rywalami jest w stanie walczyć jak równy z równym.
To oni rywalizowali o trzy przepustki olimpijskie do Monachium - legendarny trener Andrzej Radiuk jednego musiał odstawić. - Trener zarządził wewnętrzne eliminacje. Po czterech biegach zajmowałem drugie miejsce, ale w dwóch z powodu choroby nie uczestniczył Jóźwik i wszystko zależało od meczu Polska-Francja. Za bardzo się spiąłem i byłem czwarty, więc na igrzyska wytypowano trójkę moich rywali - mówił po latach Galant w rozmowie z PAP.
Półtora tygodnia przed igrzyskami odbyły się jeszcze w Warszawie mistrzostwa Polski: Leszek Wodzyński ustanowił wówczas rekord kraju (13.4 s z pomiaru ręcznego), Galant też miał 13,4 s, a Mirosław Wodzyński - 13,6 s.
Niczego to jednak nie zmieniło w kontekście kadry olimpijskiej, a w Bawarii żaden z Polaków nie stanął na podium. Jedynie Leszek Wodzyński awansował do finału - z czasem 13,72 s zajął szóste miejsce.
Radiuk później mówił, że od niemieckich trenerów słyszał, że ma w zespole przyszłego rekordzistę świata. A w 2011 roku, w tekście Mateusza Jasińskiego na portalu treningbiegacza.pl, Galant mówił o swojej rywalizacji z Guy Drutem, wicemistrzem z Monachium, późniejszym złotym medalistą w Montrealu w biegu na 110 m przez płotki, a w latach 90. ministrze sportu we Francji.
- Przed zawodami podobno mówił, że byłem dla niego największym zagrożeniem. Miałem wtedy dynamit w nogach, systematycznie poprawiałem wyniki i stać mnie było na medal. Jeden z dziennikarzy napisał przed igrzyskami "Fortuna nie jedzie do Monachium", co było aluzją do niespodziewanego wyczynu naszego skoczka narciarskiego kilka miesięcy wcześniej w Sapporo, w którego możliwości nie wierzono i niewiele brakowało, by na olimpiadę nie pojechał.

Kolejna zima pokazała, że zawodnik z Wałbrzycha ma ogromny potencjał. W halowych mistrzostwach Polski w Zabrzu przebiegł 60 m przez płotki w 7.57 s, to był najlepszy wtedy czas na świecie, choć do 1986 roku IAAF nie uznawała tu rekordów. W Rotterdamie sięgnął po srebro halowych mistrzostw Europy (7.76 s), przegrał tylko z Niemcem z NRD Frankiem Siebeckiem (7.71 s). Bracia Wodzyńscy skończyli zmagania w Ahoy Arenie tuż za podium.
I gdy spodziewano się kolejnych sukcesów, przyszła fatalna w skutkach decyzja o występie w skoku w dal w zawodach ligowych w Krakowie. Choć zabronił tego trener Radiuk. To tam doznał kontuzji, noga spuchła. Lekarze orzekli naderwanie mięśnia, po kilku miesiącach okazało się, że doszło do odprysku kości udowej. A stan się pogarszał. Mało tego, operacja w Lublinie zakończyła się... uszkodzeniem nerwu, za co później zawodnik dostał finansowe odszkodowanie.

Stracił ponad dwa lata, kolejna operacja w Łodzi i rehabilitacja w Konstancinie pozwoliła wrócić do lekkiej atletyki, ale już nie do poziomu, który wcześniej prezentował. Na starty w globalnych imprezach nie było szans. Adam Galant zakończył karierę w 1979 roku. Skończył studia na Politechnice Warszawskiej i kurs trenerski w Poznaniu.
Niewykluczone, że gdyby historia potoczyła się inaczej, mielibyśmy rekordzistę świata na 110 m przez płotki. Trener Andrzej Radiuk mówił o innym efekcie operacji: wykazała ona, że u Galanta ilość białych włókien mięśniowych, szybko kurczących się, była niespotykana u osób jasnej rasy. A to sprzyja osiąganiu wyników podczas dynamicznych, krótkich rywalizacji. - Galant był więc fizycznym fenomenem, co przy jego waleczności i ambicji mogło zaowocować nawet rekordem świata - mówił Radiuk.
Adam Galant zmarł w wieku 73 lat. Jego imieniem nazwany jest stadion sportowy w Węglińcu, czyli mieście, w którym się urodził.











