Reklama

Reklama

Kszczot: Wszystko wskazuje na to, że powinienem zostać mistrzem Europy

Adam Kszczot nie owija w bawełnę przez mistrzostwami Europy w lekkoatletyce. - Wszystko wskazuje na to, że powinienem zostać mistrzem Europy - mówi polski 800-metrowiec.

Ile ma pan już medali?

Adam Kszczot: - Nie wiem. Niczego nie ubieram w cyfry, liczby, statystyki. Nigdzie nie pokazuję medali, czy trofeów. One są spakowane w torebce, czy szufladzie. Ostatnio nawet się zastanawiałem, gdzie ja mam te wszystkie nagrody i co z nimi zrobiłem.

To po co pan biega?

- Biegam po to, by pokonywać samego siebie. Tak naprawdę, to nie przeciwnicy robią za rywali. To my sami nakładamy na siebie ograniczenie, jeśli jesteśmy w stanie je pokonać, to chwała nam. O to właśnie chodzi w sporcie, żeby pokonywać samych siebie. Jeśli jesteśmy lepsi od samych siebie, to za każdym kolejnym razem to znaczy, że będziemy w stanie prześcignąć pewnego dnia swoich rywali.

Reklama

A zna pan swój rekord życiowy?

- Tak. Ten pamiętam - 1.43,30.

Myśli pan, że poprawi pan go w mistrzostwach Europy w Zurychu?

- Wątpię. Natomiast na pewno będzie szansa w tym sezonie pobiec szybciej. Początek może nie był do końca taki jak chciałem, ale teraz znacząco poprawiłem przygotowania i zobaczymy. Mam nadzieję, że już mistrzostwa Polski w Szczecinie były zapowiedzią świetnego biegania i przede wszystkim złotego medalu w Szwajcarii.

Tylko to pana interesuje?

- Oczywiście.

Tak naprawdę najgroźniejszego rywala ma pan na własnym podwórku i jest nim Marcin Lewandowski...

- To prawda, ale zawsze powtarzam, że jestem sprinterem i staram się wykorzystywać to, co dała mi natura. Przyspieszam na bardzo krótkim odcinku i jestem dodatkowo w stanie utrzymać to tempo bardzo długo. Wszystkie wolne biegi przemawiają zatem za mną. A z tego wynika i wszystko wskazuje na to, że powinienem zostać mistrzem Europy.

Zapomina pan o Francuzie Pierre-Ambroise Bosse, który w tym sezonie pobiegł już 1.42,53. To nie będzie groźny rywal?

- Gdyby spojrzeć na tabele, to on już dwa lata i rok temu był bardzo mocny. Jednak już w drużynowych mistrzostwach Europy, gdzie biegi są wolne, on kończy rywalizację około piątej lokaty.

A jak sam postanowi poprowadzić bieg pod swoje tempo?

- I oby tak było. Prowadzenie od startu do mety na 1.43 to jest samobójstwo. Francuz nigdy nie prowadzi, a jak jest wolny bieg, to poddaje się dyktandu innych.

Wygląda na to, że pan w Zurychu będzie swoim największym przeciwnikiem. Też pan tak to widzi?

- Można tak powiedzieć. Na pewno moja głowa będzie dużym przeciwnikiem. Czuję się mocny i przygotowany. Jeśli zatem psychika mnie nie zawiedzie, to będzie złoty medal.

Pan sam na siebie nakłada presję. Jedzie pan jako jeden z faworytów. Walka o medale jest wtedy trudniejsza?

- Nie. Już tyle lat startuję w takich imprezach, że nie staje się to przez to trudniejsze. Jeśli nie poddam się własnej presji i własnym wymaganiom, to będzie super.

Zostało niewiele czasu do mistrzostw Europy. Jakie ma pan plany?

- Ciężka praca i... troszeczkę luzu. Ogólnie przygotowania w tym sezonie były bardzo dziwne. Pojechaliśmy na 2150 m n.p.m. do Flagstaff w Stanach Zjednoczonych i nie za bardzo mogłem tam trenować tak, jak chciałem. Musieliśmy obcinać odcinki najważniejszych treningów. Nie byłem w stanie wykonać takiej pracy jak powinienem. Jednak potem w pierwszym starcie miałem znakomity rezultat 1.44,7. Już wtedy byłem przygotowany na znacznie szybsze bieganie, ale nie odpuściliśmy pracy. Organizm był cały czas pod dużym obciążeniem i tylko nieznacznie się poprawiłem. Druga część sezonu zapowiada się jednak bardzo dobrze i owocnie.

We Flagststaff przeszkadzała panu wysokość? Czy dlatego trzeba było rezygnować z pełnych treningów?

- Wysokość to jeden z elementów. Drugi to wiatr. Potwornie wiało. Każdy odcinek niósł ze sobą walkę. Myślę, że średnia siła wiatru pewnie wypadła ok. 6 m/s. To nie tylko uniemożliwia bieganie, ale i wprowadza zły nawyk. Jeżeli robi się ciężko, organizm czuje tę ścianę w trakcie biegania, to człowiek się usztywnia.

To było nietypowe dla tego miejsca?

- Później się okazało, że to wcale nic nadzwyczajnego, iż w kwietniu tam wieje. Dopiero od miejscowych dowiedzieliśmy się, że tak tam bywa. Niefortunny splot zdarzeń poprowadził nas do tego miejsca. Prognoza pogody o tym nie mówiła. Za rok nie wiem, czy się zdecydujemy znowu na taki wyjazd. Może poszukamy jakiegoś fajnego miejsca w Europie. Zweryfikowałem przede wszystkim, że takie wysokie góry nie są mi potrzebne. Najlepszą wysokością jest dla mnie 1300 - 1500 m n.p.m.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje