Reklama

Reklama

Koszmar polskiej gwiazdy. Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka dla Interii: Czasami nie mam żadnej motywacji

- Jedna z najlepszych polskich biegaczek, wicemistrzyni świata w sztafecie 4x400 metrów z 2018 roku, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka znalazła się na ostrym zakręcie sportowej kariery. Przez kontuzje nie trenuje już od prawie roku. 28-letnia lekkoatletka w ostatnich dwunastu miesiącach przeszła trzy operacje. W rozmowie z Interią mówi o tym co już za nią i czy zdoła jeszcze wrócić na bieżnię.

Zbigniew Czyż: Jak wygląda pani obecna sytuacja?

Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka: Rehabilituję się i ćwiczę, głęboko wierzę, że jeszcze wrócę na bieżnię. Na razie nie mogę tego zrobić, bo jestem niecałe dwa miesiące po trzeciej operacji.  Myślę, że to kwestia około czterech tygodni, żeby zobaczyć powiedzieć coś więcej, co dalej. Widzę jednak, że jest progres. Jest lepiej niż było po poprzednich dwóch zabiegach. Wierzę, że będzie już tylko lepiej. Jeżeli nie, to jeszcze trochę siły mam, aby podjąć dalszą walkę o powrót do sportu.

Reklama

Patrycja Wyciszkiewicz: Byłam tym wszystkim zmęczona

Z kim pani obecnie trenuje?

- Gdy dowiedziałam się że nie pojadę na igrzyska w Tokio, wiedziałam, że muszę bardzo mocno zmienić swoje życie, jeśli chcę zostać dalej w sporcie. Czułam, że musze coś zrobić, aby dawał mi w dalszym ciągu radość, żeby mieć nadzieję. Byłam tym wszystkim po prostu zmęczona. Zmieniłam także trenera, Iwonę Baumgart na Jacka Kostrzebę. Nie mogę powiedzieć, że współpraca z panią trener nie była owocna. Wręcz przeciwnie, bardzo dużo się od niej nauczyłam. Uważam, że to jest bardzo dobry szkoleniowiec. Ja po prostu potrzebowałam zmiany wewnętrznej, musiałam zacząć coś na nowo, aby znaleźć w sobie siły i chęci oraz motywację do pracy. 

Jak radzi pani sobie z tą sytuacją pod względem psychicznym?

- Są momenty lesze i gorsze. Czasami nie mam żadnej motywacji, poza tym, aby wyjść na rehabilitację. Takich dni na szczęście jest mniej niż więcej, zdarzają się mi już rzadziej. Bardzo duży kryzys miałam na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku, gdy byłam operowana pierwszy raz. Byłam wtedy podłamana. Nie dość, że wylądowałam na wózku inwalidzkim i stałam się niepełnosprawna, to w tym samym czasie koleżanki walczyły o medale na igrzyskach. Z jednej strony bardzo się cieszyłam z ich sukcesu, ale z drugiej czułam, że mnie coś omija, że ja też powinnam tam być.

Potrzebowała pani pomocy psychologa? Współpracuje z nim obecnie?

- Pracowałam z psychologiem sportowym jeszcze przed tą całą sytuacją, potem także w trakcie zabiegu i po nim. Może jeszcze nie do końca z wszystkim sobie poradziłam, pewnie specjaliści mogą ocenić, czy daną rzecz już przepracowałam, czy nie. Teraz nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby, aby z psychologiem współpracować.

Otrzymuje pani jakieś wsparcie finansowe ze strony Związku Lekkiej Atletyki lub Ministerstwa Sportu?

- Mamy w Polsce pewne prawo, które jest sankcjonowane różnymi ustawami. Ustawa ministerialna wygląda tak, że, aby otrzymać stypendium, trzeba spełniać pewne warunki. Ja obecnie ich nie spełniam. Środki zewnętrzne, które otrzymywałam przez pewien czas już się skończyły. 

- Ale nie to jest najważniejsze. Popełniłabym grzech, gdybym powiedziała, że nie stać mnie na rehabilitację. Jeszcze mnie stać, ale tylko dlatego, że miałam odłożoną na czarną godzinę pewną ilość pieniędzy. Ciężko je zarobiłam w sporcie, jednak myślę, że powinnam je wykorzystać w inny sposób, niż płacić nimi teraz za swoje leczenie. 

Dramat Patrycji Wyciszkiewicz: Chciałabym, aby to wybrzmiało

- To nie jest jednak główne przesłanie. Chciałabym, aby wybrzmiało, że jest mi cholernie przykro, że jeśli taka sytuacja spotka młodszych zawodników, którzy są na początku swojej kariery i jeszcze nie zarabiają na sporcie lub takich, którzy są w wieku seniora, już coś osiągnęli i mogą jeszcze wiele dać od siebie, to, że jeśli nie będą mieć odpowiednich zasobów pozwalających im na podjęcie rehabilitacji, te kariery mogą się za szybko skończyć. 

- Przykre jest to, że w pewnym momencie człowiek zostanie z wszystkim sam i będzie musiał sam podejmować decyzje. Ja na rehabilitację mogę sobie jeszcze pozwolić, bo także mój mąż pracuje, stać nas jeszcze. Ale chodzi mi o to, że jeżeli wychodzą sytuacje losowe taka jak moja, gdy dana osoba ma już na swoim koncie pewne sukcesy, deklaruje chęć dalszej pracy i jest prognostykiem dobrych wyników na przyszłość, to warto jej pomóc. Przykre jest, gdy w takiej sytuacji ktoś zostaje sam.

Daje sobie pani jakiś czas na podjęcie decyzji co dalej z karierą, gdyby rehabilitacja i powrót na bieżnię przeciągały się zbyt długo?

- Nie, życie wszystko weryfikuje. Pewnie przyjdzie taki czas, gdy trzeba będzie podejmować te ostateczne decyzje, ale wierzę, że nie będę musiała podejmować decyzji o zakończeniu karieru. W ogóle do siebie tego na razie nie dopuszczam. Wierzę głęboko, że wrócę jeszcze na bieżnię i będę świętowała sukcesy. Na pewno nie jest tak, że daję sobie miesiąc, dwa, rok, czy półtora na podjęcie tych ostatecznych. W dalszym ciągu marzę o zdobyciu medalu olimpijskiego. Taki jest mój cel i mam nadzieję, że go osiągnę.

Rozmawiał Zbigniew Czyż




Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL