Diamentowa Liga w Londynie zwykle jest tą jedną z najciekawszych, Anglicy szczególny nacisk kładą na konkurencje biegowe. To one mają wspaniałą obsadę, techniczne zmagania często były spychane na boczny plan. Już na początku roku pojawiały się informacje, że to właśnie na London Stadium zostanie podjęta próba ataku na mający długą brodę rekord świata Jarmili Kratochvilovej na 800 metrów.
Miała go oczywiście bić Keely Hodgkinson, która już zimą poprawiła o niemal sekundę najlepszy wynik w historii tego dystansu, ale pod dachem. Nikt się nie spodziewał, że latem wyrośnie obok niej rywalka, która będzie bliżej osiągnięcia tego celu. Mowa o młodej Szwajcarce Audrey Werro, które pokonała zresztą Brytyjkę w Oslo. I wpisała się na trzecim miejscu w światowych tabelach historycznych.
Hodgkinson lekceważyć nie można, ale to nie ona jest teraz największą gwiazdą. Kończący zawody bieg wygrała, zachowała w miarę bezpieczny dystans nad uczącą się tego dystansu Femke Broeders-Bol. Obie uzyskały jednak czas gorszy o niemal i ponad 2,5 sekundy od tego najlepszego Audrey, to sporo. Hodgkinson miała dziś 1:56.21, Femke - 1:56.46.
Ważniejsze wydarzenia miały miejsce kwadrans wcześniej. Gdy rozegrano ten drugi bieg z założeniem bicia rekordu świata. Na milę, której brakuje w mistrzowskich imprezach, ale w komercyjnych mityngach pojawia się bardzo często. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i USA.
Diamentowa Liga w Londynie. Rekord świata, na który po cichu liczono
To dystans bardzo zbliżony do 1500 metrów - dłuższy o 109 metrów. Ta końcówka często może mieć jednak olbrzymie znaczenie, trzeba zachować większe pokłady sił. Rekord świata należał tu do Hichama El Guerrouja - Marokańczyk w 1999 roku w Rzymie przebiegł milę w 3:43.13, do samego końca naciskał go Kenijczyk Noah Ngeny. A później próbowali ich przebić choćby Jakob Ingebrigtsen, Yared Nuguse, Josh Kerr czy Cole Hocker - bez powodzenia.

Dziś stało się to, czego oczekiwali kibice. Olbrzymie tempo narzucił Amerykanin Brannon Kidder - pierwsza okrążenie pokonał w 54.75 s, drugie - w 55.88. Wydawało się, że trochę może jednak brakować. Wtedy jednak sprawy w swoje ręce wziął Kerr. Brytyjczyk to tegoroczny halowy mistrz świata z Torunia, wtedy biegał na 3000 metrów. Jest szybki, bo przecież w Budapeszcie został mistrzem świata na 1500 m, ale też i ma sporą wytrzymałość.
A tu wziął sprawy w swoje ręce, za nim został tylko Nuguse. Na 250 metrów przed metą nawet i Amerykanin nie wytrzymał, Kerr mierzył się już tylko z zielonymi diodami na bandzie, wyznaczającymi tempo na rekord. I w końcu je wyprzedził.
1500 metrów pokonał w 3:27.7, choć telewizyjny pomiar pokazał 3:27.51. Na historycznych listach tego dystansu, gdzie też prowadzi El Guerroj (3:26.00), Kerr do tej pory był dziesiąty - z wynikiem 3:27.79. A przecież miał jeszcze ponad 100 metrów do kreski. Zachwycił wolą walki - uzyskał czas 3:42.66. O 47 setnych poprawił osiągnięcie Marokańczyka, to jest potężna różnica.
I to on, a nie Keely Hodgkinson, wstawił London Stadium w ekstazę.












