Reklama

Reklama

Klaudia Adamek: Adrenalina mnie poniosła

Klaudia Adamek była jedną z głównych bohaterem sztafetowych mistrzostw świata, rozgrywanych na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Polka najpierw sięgnęła po srebrny medal w biegu 4x100, by zaledwie po 15 minutach wraz z koleżankami wygrać sztafetę 4x200. W rozmowie z Interią mówi, że nie czuje, by zrobiła coś wielkiego. Przyznaje jednak, że porównania do Dafne Schippers jej nie przeszkadzają.

- Śmiałam się nawet do dziewczyn, że czuję, że jestem do niej podobna. Nie przeszkadzają mi takie porównania, ona jest bardzo utytułowaną zawodniczką i nie ma w tym niczego złego - mówi Adamek, która po imprezie na Stadionie Śląskim została ochrzczona "polską Schippers", choć jak przyznaje, jej idolką jest wielka Irena Szewińska.

Podczas World Relays w Chorzowie oczy wszystkich były zwrócone głównie na sztafetę 4x100, gdzie liczyliśmy przede wszystkim na kwalifikację olimpijską naszej reprezentacji. I Polki stanęły na wysokości zadania, niejako przy okazji sięgając również, nieco nieoczekiwanie, po srebrne medale. - Miałyśmy swój cel. Zakładałyśmy, że możemy wywalczyć kwalifikacje do igrzysk olimpijskich. Co prawda miałyśmy świadomość, że wiele osób w nas nie wierzy, ale ja, mówiąc za siebie, choć wydaje mi się, że dziewczyny również, wierzyłam w ten sukces. Sporo mówiło się, że nie jest to nasz najmocniejszy skład, ale byłyśmy tak zgraną ekipą, że swoją wiarą wybiegałyśmy tę kwalifikację - mówi Klaudia Adamek.

Reklama

Dwa medale w 15 minut

Ona była akurat najbardziej zapracowaną zawodniczką, bowiem jako jedyna tuż po finiszu sztafety 4x100 startowała, zaledwie 15 minut później, w rywalizacji na dwukrotnie dłuższym dystansie. I tam sięgnęła po złoto! - Nie przeraziłam się tym. Cieszyłam się, że biegam dwie sztafety, lubię biegi rozstawne. Nie zastanawiałam się w ogóle czy dam radę, czy będę przemęczona. Trener powiedział, że wystartuję w obu biegach, podeszłam do tego profesjonalnie, dałam z siebie maksa i w zasadzie ta krótka przerwa nie była odczuwalna. Adrenalina mnie poniosła. Dopiero potem, kiedy emocje już opadły, odczułam do wszystko - przyznaje Polka.

Niestety o świętowaniu sukcesów nie było mowy, bo sezon dopiero się rozkręca. - Miałyśmy po starcie kontrolę antydopingową, a ja pół godziny po powrocie do hotelu wracałam już do domu. Świętowania nie było, przed nami sezon letni i dopiero po nim będziemy świętować sukcesy. Teraz każdy zabiera się do pracy, ja obecnie jestem na obozie, który ma mnie przygotować na sezon letni. Za niecałe dwa miesiące mistrzostwa Polski, gdzie zostanie wyłoniona szóstka, która pojedzie to Tokio. To będą najważniejsze zawody, na których trzeba powalczyć - wyjaśnia sprinterka.

Choć start w Chorzowie był jej popisem i wydaje się, że jest mocnym punktem naszej sztafety, to jak sama mówi, wyjazdu do Tokio nie jest pewna. - Nigdy nie czuję się pewniakiem. W tym wypadku również. Jest wiele utalentowanych dziewczyn, w dobrej dyspozycji. Jesteśmy na bardzo wyrównanym poziomie i każda z nas ma szansę na wylot na igrzyska. Cieszę się, że byłam w medalowym składzie, który wywalczył kwalifikacje, ale zrobiłyśmy ją dla sztafety, nie dla siebie. Wspomniane mistrzostwa Polski i cały sezon zdecydują, które z nas polecą do Tokio.

Zima w końcu była łaskawa

Pierwszymi oznakami, że nadchodzący sezon może być przełomem dla Klaudii Adamek były starty w hali, gdzie zdobyła wicemistrzostwo Polski na 60 metrów, bijąc przy okazji swój rekord życiowy. - Po sezonie halowym poczułam się pewnie. Niestety hala z reguły nie była dla mnie łaskawa. Rozpoczęcie sezonu w takim stylu dało mi mocnego kopa do treningów. Czuję się nakręcona do ciężkiej pracy. Nie siadam i nie czekam, nie podchodzę do tego tak, że już na pewno wybiegam "życiówkę", ale zabieram się do pracy. I bardzo chciałabym, żeby ten sezon był moim sezonem! - deklaruje reprezentantka Polski.

Nasza biegaczka sporą uwagę przywiązuje do odpowiedniego żywienia, choć nie zawsze tak było. - Każdy mnie pyta o wagę - mówi ze śmiechem Adamek. - Nie ukrywam, że jestem łasuchem i lubię sobie zjeść. Kiedyś tego nie pilnowałam i wydaje mi się, że wpłynęło to na kontuzje, które miałam przez dwa lata. Brak suplementacji i kontroli tego co i kiedy jem. Po dwóch latach kontuzji przemyślałam wszystko i trzeba było coś zmienić. Jestem na takim etapie kariery, że trzeba się do tego poważnie przyłożyć. Były sezony, kiedy miałam tych kilogramów za dużo, widział to mój trener i po prostu wzięłam się za siebie - dodaje.

Po zawodach w Chorzowie biegaczka zyskała sporą popularność, co ma swoje dobre i złe strony. - Odczułam to bardzo! Mam bardzo dużo wiadomości z gratulacjami, na wszystkich portalach społecznościowych. Jeszcze tego wszystkiego nie ogarnęłam, ale z czasem, na spokojnie, postaram się przeczytać wszystkie i odpisać. Nie ukrywam, że teraz potrzebuję spokoju. Nie chcę dmuchania balonika nad moją osobą. Nie uważam, że zrobiłam coś dużego. To była decyzja trenera, pobiegłam dwa biegi i tyle - mówi skromnie Klaudia Adamek, która w przerwach od treningów stawia przede wszystkim na spokój. - Wolny czas spędzam głównie w ciszy. Lubię długie spacery, rozmyślania. Kiedy potrzebuję spokoju, czytam książki, oglądam seriale. Do tego oczywiście aktywny wypoczynek, basen czy rower.

Dowiedz się więcej na temat: lekkoatletyka | Klaudia Adamek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje