Reklama

Reklama

Kipketer, Kipchoge i Kipsang - tak rodzą się najlepsi biegacze świata

Wilson Kipketer, Eliud Kipchoge i Wilson Kipsang – to tylko trzy sławy kenijskich biegów, jakich w tym kraju co rok wypływają setki, jeśli nie tysiące. O tym, jak rodzą się ich talenty, opowiada Interii Jakub Piech, który przez dwa miesiące trenował w Kenii z takimi gwiazdami jak właśnie Kipchoge.

Co tak naprawdę drzemie w kenijskich biegaczach, że należą do absolutnej światowej czołówki? Jak trenują i co jedzą najlepsi z najlepszych? Co rekordzista świata w maratonie robi po treningu? Biegacz z Polski pojechał na dwa miesiące do Kenii, spędzając wakacje ramię w ramię z Eliudem Kipchoge i Goffreyem Kamwororem. - W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że obok mnie siedzi 15 medali olimpijskich - mówi Jakub Piech, trener biegania na co dzień mieszkający w Krakowie.

Kenijczycy to inna półka biegowego świata. Bez dwóch zdań to potęga, stanowiąca często w sporcie podmiot zazdrości i budząca niemałe zaciekawienie co do tego, jak to jest, że w jednym kraju zrodziła się absolutna czołówka najszybszych zawodników globu. Tylko w tym roku Kenijczycy ustanowili między innymi nieoficjalny rekord świata w maratonie, łamiąc granicę dwóch godzin na królewskim dystansie, a także wyśrubowali rekordy w maratonie kobiet oraz na dystansie o połowę krótszym.

Reklama

Fascynacja tajnikami treningu najlepszych z najlepszych oraz miłość do biegania przyciągnęła do Kenii wielu ciekawskich. Jakub Piech poleciał tam z oryginalniejszym zamiarem. Dając coś od siebie, podejrzeć treningi dla siebie, ale również dla swoich podopiecznych, którymi na co dzień się zajmuje, prowadząc w Krakowie zajęcia biegowe. Od marzenia do realizacji planu dzieliły go tylko wysłanie maila i zebranie się na odwagę. Na miejscu pomagał w lokalnej szkole, ucząc języka angielskiego, prowadząc zajęcia sportowe i organizując zawody biegowe, a w wolnych chwilach biegał i jeździł na treningi światowej czołówki.

Trening z Sangiem i pogawędka z Kipchoge

- Na samym początku mojej kenijskiej przygody poznałem większość z gwiazd biegania. Znajomy, z którym mieszkałem i którego właśnie tam poznałem, pracuje w firmie menedżerskiej, zajmującej się całą czołówką kenijską i etiopską, a nawet Marcinem Lewandowskim. Jest Holendrem i mimo wyjazdów, od 25 lat na stałe mieszka w Kenii. Zaproponował mi, że zabierze mnie na trening z elitą biegaczy. Oczywiście nie odmówiłem - opowiada biegacz i trener, Jakub Piech.

W nowym środowisku od razu zainteresowano się nietypowym turystą, który do Kenii nie przybył przecież ani zwiedzać, ani jedynie skupiać się na podwyższeniu swojego poziomu sportowego.

- Zaprezentowano mnie, więc nie byłem anonimowy. Stałem się bliższy, bowiem nie przyjechałem po to, aby spoglądać na nich i wziąć autograf, ale w ich oczach byłem tam, żeby coś od siebie dać. Szkoła, w której uczyłem, jest najbardziej znana w całej biegowej okolicy - mówi Piech.

Pierwszy trening obfitował w nowe znajomości, których nie powstydziłby się żaden miłośnik sportu. Kenijczycy okazali się przyjaznymi ludźmi pod warunkiem, że nie przeszkadzano im w najważniejszym - dążeniu do perfekcji.

- Na pierwszym treningu poznałem trenera Eliuda Kipchoge - Patricka Sanga, Geoffreya Kamworora, który dwa miesiące później pobił rekord świata w półmaratonie. Poznałem też kilka dziewczyn z czołówki światowej. Wokół kręciło się wiele osób z topowej dziesiątki świata i ich zaplecze. Eliuda poznałem nieco później, bo na początku nie jeździł treningi na stadion. Czasami w jednym momencie na bieżni trenowało siedem grup od średniodystansowców do maratończyków, więc oferowałem pomoc - swój zegarek, łapiąc czasy i krzycząc zawodnikom międzyczasy pokonywanych odcinków - dodał mieszkający na co dzień w Krakowie biegacz.

Była też okazja do rozmowy z najszybszym maratończykiem świata, który dwa miesiące później złamał granicę ludzkiej możliwości, wbiegając na metę królewskiego dystansu w mniej niż dwie godziny.

- Wkrótce trener Sang zaprosił mnie do obozu i wtedy porozmawiałem na spokojnie z Eliudem. Rozmawialiśmy o szkole, w której pracowałem, a on opowiadał o tej, do której chodzą jego dzieci i zagadywał o poziom. Był zainteresowany tym, że organizowałem dla dzieciaków zawody biegowe. Dokładnie mnie o to wypytał - dodał Piech.

Przede wszystkim trening

Podczas dwóch miesięcy w Kenii, w oczy rzucała się pracowitość tubylców. To sportowcy, dla których trening jest na pierwszym miejscu. Ich życie kręci się wokół biegania. Większość mistrzów ma w głowie bardzo poukładane, lecz inaczej niż Amerykanie i Europejczycy. Kenijczycy są pracowici w każdym aspekcie życia.

- Kiedy byłem w ich obozie, akurat wszyscy wrócili z 40-kilometrowego rozbiegania. Każdy normalny sportowiec myślałby o suplementacji, odpowiednim odżywianiu lub drzemce i odnowie biologicznej. Oni napili się izotoników i białej herbaty, zjedli chleb tostowy, chwilę odpoczęli, porozmawiali, a następnie Eliud chodził po całym obozie i zbierał bidony, a następnie je mył. Inni biegacze pokonujący trasę półmaratonu w 59 minut, czyli znacznie szybciej niż rekord Polski, mopami myli podłogi. Agnes Tirop - brązowa medalistka MŚ, po bardzo ciężkich treningach, które wykonać potrafi może kilkanaście kobiet na świecie, przyrządzała obiad dla siebie i męża, a następnie na podwórku ręcznie robiła pranie - opowiada Jakub Piech.

Biegacze pięć dni mieszkają w obozie, a na weekendy wracają do domów. Większość z nich podczas swojej kariery żyje skromnie. Z pewnością są zamożni, bo nagrody za wygrane, biorąc pod uwagę kenijskie zarobki, to bardzo duże pieniądze. Mimo wszystko skromny styl życia nie zakłóca treningów, a wręcz w nich pomaga.

- Czołowi światowi zawodnicy są tam nastawieni na rekordy, czasy i medale. Z drugiej strony poznałem też wielu biegaczy, myślących głównie o pieniądzach. Pytali mnie o biegi zagraniczne, by mieć szansę się pokazać, aby coś zarobić. To bardzo wyróżniało ich od mistrzów, dla których trening był najistotniejszy - tłumaczy miłośnik biegania.

Bieżnia z (nie)prawdziwego zdarzenia

Nieutwardzona nawierzchnia nie powinna wzbudzać litości, bo zdaniem Kenijczyków na takiej właśnie trenuje się najlepiej. Ich zdaniem twarda bieżnia niszczy stawy. To raczej opcja B, gdyby było mokro. Zawsze jest High Altitude Training Centre w Iten, gdzie przyjeżdżają zawodnicy z całego świata.

- Byłem na mistrzostwach powiatu, województwa i Kenii. Poziom był niesamowity. Zwłaszcza na biegach na 5 i 10 km konkurencja jest bardzo duża. Startuje około 40 osób, spośród których pierwsza piętnastka osiąga nieprawdopodobne rezultaty. To zawody rozgrywane na nieubitej nawierzchni i na wysokości około 2000 m.n.p.m. - wspomina Jakub Piech.

Kenijscy mistrzowie nie są związani żadną dietą. Jedzą raczej to, co akurat jest dostępne. Każdy żywi się praktycznie tym samym, podczas gdy w Europie elita zastanawia się, co powinno się zjeść, jak dużo, a to wszystko zgodnie z rozpisaną dietą i z uwzględnieniem wagi oraz kaloryczności.

- W Kenii nikt o tym nie myśli i wszyscy jedzą to, co dostaną czy sobie ugotują. Są to zazwyczaj bardzo proste potrawy z ryżu, ziemniaków, ugali (papka z mąki kukurydzianej), szpinak, pomidory, cebula, fasola i kapusta. Rzadko jedzą mięso, które jest dosyć drogie. Osobiście jadłem go bardzo mało, bo często nie wiedziałem skąd pochodzi i czy jest bezpieczne - opisuje trener z Krakowa.

Sport jako jedyna szansa

Większość tych, którzy aspirują do biegania na wysokim poziomie to zawodnicy wychowani w ubóstwie, często jako sieroty bez zabezpieczenia finansowego. Charakteryzują się talentem i zawziętością.

- Dla nich sport jest jedyną szansą, aby coś osiągnąć. Trenerzy patrząc na dzieci w szkołach, zaczynają jednak dostrzegać, że dzieci są coraz mniej aktywne i zawzięte. Jeśli jest taka możliwość, chcą, aby ktoś zawiózł ich do szkoły. Zanika bieganie do szkoły. Kenijczycy obawiają się, że brak ambicji takiej, jak kiedyś może przynieść problemy - zaznacza Piech.

Otaczając się na co dzień dziećmi, naturalnym było obserwowanie ich sportowych przyzwyczajeń. To w końcu one leżą u podstaw wytrenowania przyszłych mistrzów świata.

- Przy szkole było boisko trawiaste, ale było trochę kamieni. Dzieci same z siebie zdejmowały buty i biegały boso. Było im wygodniej i szybciej biegały, bo obuwie było niedopasowane. W zawodach połowa dzieciaków biegała na bosaka. Niektóre zdejmowały buty, ale trzymały je w rękach, być może bojąc się zostawić, bo była to dla nich swego rodzaju wartość - wyjaśnia nauczyciel wolontariusz.

Dopingowy temat tabu?

Nielegalne wspomaganie organizmu jest czymś, co często zarzuca się najlepszym. Zazwyczaj wiąże się to z zazdrością o to, że ktoś nie potrafi zbliżyć się do podobnych osiągnięć, ale czasami nie są to całkiem bezpodstawne oskarżenia.

- W rozmowach czasami przejawiały się tematy dopingu, że ktoś nie biegał i nagle osiąga niesamowite wyniki. System antydopingowy w Kenii nie istnieje. Chłopaki na biegu ulicznym biegali po 28-29 minut, ale czy czysto? Tego nie wiadomo. Czytałem, że ktoś w ubiegłym roku został przyłapany za granicą na dopingu, a w tym roku wygrał kilka startów w Kenii. Jeśli chodzi o czołówkę światową, uczestniczącą w światowych mitingach, oni cały czas są kontrolowani. Bywają kontrole na miejscu, ale ze względów logistycznych i faktu, że jest tu tylu zawodników, jest to bardzo trudne, bo w Kenii nie ma odpowiedniego laboratorium z atestem - mówi Jakub Piech.

Kenijczycy wstydzą się tematu dopingu i podejmują kroki, aby utrudnić biegaczom ewentualne sztuczne ingerowanie w możliwości swoich organizmów. Coraz trudniej jest uzyskać powołanie do kadry narodowej, jeśli nie przejdzie się przez sito systemu.

- W tym roku Kenijski Związek Lekkiej Atletyki wprowadził obostrzenia. Aby pojechać na mistrzostwa świata, zawodnik powinien być w najlepszej trójce w kwalifikacjach kenijskich, musi wypełnić minimum, a także przejść kontrole antydopingowe. Komentarzem do tej decyzji było zdanie, że nie chcą, aby jakikolwiek zawodnik stosujący niedozwolone środki startował w barwach Kenii. Były takie przypadki, że kilka osób przeszło kwalifikacje, ale nie wypełniło wymogów antydopingowych i w konsekwencji nie pojechało na MŚ - wyjaśnia biegacz.

Pytając o to, czego brakuje biegaczom z europejskiej czołówki, zważając na podejście do treningu, Piech odpowiada, że przede wszystkim prostoty. To właśnie ona bez zbędnego myślenia i udziwniania stanowi podwaliny kenijskich sukcesów w tej dyscyplinie.

- Zastanawiałem się, czy gdyby moja sąsiadka przyszła z treningu i od razu przeznaczyła wolny czas na odpoczynek, a nie zajmowała się praniem, czy byłaby lepsza i wydaje mi się, że nie. Jeśli ktoś tylko trenuje, a oprócz tego tylko leży i jest mało aktywny, wydaje mi się, że jest to gorsze niż mocne trenowanie i minimalna aktywność. Inne obowiązki są dla nich czymś zupełnie naturalnym - podkreśla Jakub Piech.

Aleksandra Bazułka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL