Reklama

Reklama

Kiełbasińska o zawierusze w kadrze: To nie jest konkurs na przyjaciółkę roku

- To nie jest konkurs na przyjaciółkę roku, tylko sport. Wiem, że zawsze to jest fajne, team spirit itd... Ja też za tym jestem, natomiast jak można budować team spirit, jeśli się do siebie prawie nie odzywa? Nie da się tego zrobić - powiedziała Interii Anna Kiełbasińska, odnosząc się do ostatnich zgrzytów w kadrze "400-metrówek" podczas MŚ w Eugene. Podczas mityngu Diamentowej Ligi w Chorzowie zajęła 5. miejsce z czasem 50.57. Wygrała Femke Bol, a Natalia Kaczmarek (49.86) dopiero jako druga Polka w historii zeszła poniżej 50 sekund.

Justyna Święty-Ersetic już zdążyła skomplementować wspaniały wynik Natalii Kaczmarek. A ty jak skomentujesz?

Anna Kiełbasińska: - Wiadomo, że tak samo! Pytaliście nas, kiedy złamiemy barierę 50 sekund i macie odpowiedź. Dzisiaj zrobiła to Natalia. Mam nadzieję, że niedługo do niej dołączę. Na pewno daje to mega kopa, bo chodzi o niesamowity wynik. Spójrzcie sami, kiedy po raz ostatni Polka dokonała takiego wyczynu, ten wynik wpisuje się w historię naszej lekkoatletyki. Brawa i chapeau bas dla Natalii. Natalia naprawdę mnie napędza i spowodowała to, że teraz nie mogę zostać z tyłu (uśmiech).

Reklama

A tobie czego dzisiaj zabrakło?

- Przede wszystkim nie miałam wiary w siebie, ani właściwego podejścia do tego startu. Naprawdę miałam takie nastawienie, że w ogóle nie chcę pobiec. MŚ w Eugene naprawdę wyciągnęły ze mnie dużo emocji i dużo stresu. Wydawało mi się, że emocje po mnie spływają, jednak się nie da, bo każdy z nas jest tylko człowiekiem. Jestem osobą, która raczej należy do pacyfistek i zawsze staram się unikać konfliktów.

Do mediów poszedł już przekaz ze strony koleżanek z kadry, że pewne słowa były niepotrzebne i padły w emocjach. Czy jednak to, co zaszło, uda się tak szybko wymazać?

- Ja staram się zapomnieć o tym co było i podejść do tego profesjonalnie. Takie rozpamiętywanie i boczenie się na siebie jest, uważam, czymś co przypomina czasy gimnazjalne, a nie sytuację, gdy ma się do czynienia z dorosłymi ludźmi. Dlatego staram się o tym nie pamiętać. Trzeba iść do przodu, bo przed nami są mistrzostwa Europy. Mam nadzieję, że każdy podejdzie do tego tak samo profesjonalnie, jak ja zamierzam.

A masz przekonanie, że sprawę z MŚ wszyscy uznaliście, szczerze i od serca, za niebyłą i wasze relacje wróciły na właściwe tory?

Myślę, że to nie jest pytanie do mnie.

Czujesz z powrotem w waszej kadrze team spirit?

- To nie jest konkurs na przyjaciółkę roku, tylko sport. Wiem, że zawsze to jest fajne, team spirit itd... Ja też za tym jestem, natomiast jak można budować team spirit, jeśli się do siebie prawie nie odzywa? Nie da się tego zrobić. My mamy biegać i to jest najważniejsze. Musimy znaleźć się na wyżynach wszystkiego, zapomnieć o złych rzeczach, które się wydarzyły i razem walczyć o wynik. Jesteśmy w stanie razem zdobywać dużo i trzeba normalnie, naturalnie podchodzić do sprawy.

Jaki wynik zadowoli was na mistrzostwach Europy?

- Mamy dziewczyny na wysokim poziomie i to może być naszą mocą. Natomiast tak jak pokazały mistrzostwa świata, niczego nie można być pewnym. Wystarczy spojrzeć chociażby na wyniki Brytyjek, które zdobyły brązowy medal. Myślę, że nawet gdybyśmy na finał wymieniły dwie dziewczyny, czyli Natalię i mnie, byłoby ciężko choćby o brąz. Na tamtym etapie mogło być ciężko. Natomiast wierzę w to, że dziewczyny teraz odpoczywają, nabierają formę i będziemy mogły razem - podkreślam razem - walczyć.

Masz w sobie jeszcze energię na znakomite bieganie w Monachium?

- No ba! Wcześniej powiedziałam tylko, że dzisiaj nie miałam supermotywacji, a i tak pobiegłam 50.57. To świadczy, że w nogach wszystko jest w porządku. Normalnym jest, że trzeba dać trochę odetchnąć mentalnemu zdrowiu. To jest najważniejsze. Jesteśmy ludźmi tak samo, jak wy i przeżywamy wszystkie emocje. Może z niektórymi radzimy sobie lepiej, z innymi gorzej. Tam było tyle (Anna wysoko podniosła dłoń - przyp. AG) stresu, emocji, radości, smutku, złości, itd... To musi teraz zejść do dołu, aby móc zebrać myśli, wyciszyć się, a później znów się nakręcić. Nie mogę być nakręcona przez cztery miesiące praktycznie co kilka dni na każdy start. To po prostu niemożliwe. Dlatego może dzisiaj nie miałam najlepszego podejścia, co nie znaczy, że za dwa tygodnie będzie tak samo. Ja właśnie dzisiaj zbieram siły na to, co ma być w Monachium. Jest to mój cel i mam nadzieję, że wszystko się uda.

Finał MŚ coś zmienił w twoim mentalnym podejściu?

- Jak myślę sobie, że jestem w pierwszej ósemce najszybszych dziewczyn na świecie, to jest to pozytywne. Na początku swojego trenowania, gdy jeszcze szlifowałam krótki sprint, w ogóle szaleństwem było dostanie się do półfinału. A gdy patrzyłam na dziewczyny, które wchodziły do finału, zawsze mówiłam: wow! A teraz sama byłam w finale mistrzostw świata, co kiedyś wydawało się niemożliwe. Dla mnie to na razie jest osiągnięciem życia, a ostatnie miesiące sezonem marzeń. Przecież ja cały czas biegam poniżej 51 sekund. Tutaj w Chorzowie zeszłam poniżej po raz ósmy w tym sezonie.

A jak generalnie sytuacja z twoim zdrowiem, wszak w ostatnich latach przeszłaś przez wiele perturbacji?

- Tak jak dwa lata temu miałam problem z prawą stopą, która była operowana, tak też od tego czasu mam problem z lewym "Achillesem". Mało tego, od dwóch miesięcy mam też problem z prawym. W efekcie dzień po takim starcie, jak ten, przez dwa kolejne dni wstaję z łóżka i idę tak (Kiełbasińska zaprezentowała pokraczny krok - przyp. AG), podtrzymując się czegoś. Gdy siadam na toaletę, też muszę za coś chwycić. Mijają dwa dni i znowu jest lepiej, ale wystarczy, że założę kolce by pobiegać, i znów wraca to samo.

Brzmi strasznie...

- Na tym etapie to jest patologia (śmiech). Sport nie jest tym, co ludzie sobie myślą.

Rozmawiał i notował Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL