Reklama

Reklama

Kamila Lićwinko: Polska lekkoatletyka z roku na rok jest coraz mocniejsza!

- Cała polska lekkoatletyka z roku na rok jest coraz mocniejsza. To widać na imprezach mistrzowskich w hali, a także na otwartym stadionie - mówi w rozmowie z Interią Kamila Lićwinko (Podlasie Białystok). Gwiazda skoku wzwyż jest jedną z największych faworytek do medalu w 33-osobowej reprezentacji Polski, rozpoczynającej w piątek zmagania w halowych mistrzostwach Europy w Belgradzie.

Interia: Za panią ostatni szlif formy przed rozpoczęciem czempionatu w Belgradzie?

Kamila Lićwinko: - Ostatni trening będę miała w czwartek, przed samymi eliminacjami, ale wiadomo, że obecne treningi służą już tylko podtrzymaniu dyspozycji.

Coś jeszcze można zrobić na ostatniej prostej?

- Tak naprawdę niewiele. W grę wchodzi tylko kwestia utrwalenia rytmu i powtarzalności, bo jeśli nie ma formy na kilka dni przed imprezą, to człowiek nie wyczaruje wysokiej dyspozycji. Chodzi o podtrzymanie pewności siebie, by łatwiej wejść w zawody.

Reklama

To jak z tą pani formą w przededniu HME?

- Myślę, że wszystko jest w porządku. Z dnia na dzień czuję się coraz lepiej, a forma jest naprawdę bardzo dobra.

Czy się to pani podoba, czy nie, jest pani jedną z naszych największych faworytek do medalu w Belgradzie.

- Ja o tym nie myślę. Nie śledzę typowań, nie czytam i nie narzucam sobie presji. Po prostu ten sezon halowy potraktowaliśmy ulgowo, weszłam w trening dość późno. Tak naprawdę największą robotę zaczęłam wykonywać pod koniec grudnia, co jednak przynosi efekty. Nie zmienia to faktu, że ten sezon halowy jest tylko przerywnikiem po ostatnich ciężkich czterech latach. Dlatego nie nakładam na siebie dodatkowego ciśnienia, ale oczywiście będę walczyć o jak najlepszy wyniki i miejsce. Warto wykorzystać dyspozycję, w jakiej się znajduję. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z moimi planami oraz mojego trenera i męża Michała, który układał cały trening.

Mimo wszystko świadomość oczekiwań chyba pani towarzyszy?

- Zdaję sobie sprawę, że zbliżają się ważne zawody sezonu zimowego. Wiem, które miejsce zajmuję na listach światowych, co też jest pewnym wskaźnikiem. Mimo to, ze spokojną głową podchodzę do tego sezonu, treningów i w ogóle do sportu.

To zasługa rutyny i doświadczenia, czy bardziej owoc sukcesów, które ma pani na koncie?

- Myślę że wynika to z faktu, iż ostatnie lata przetrenowałam bardzo ciężko. Z wszystkiego, co zdołałam zbudować, teraz mogę czerpać. Dzięki temu mogę sobie pozwolić na spokojniejsze podejście i mniejszą presję, nawet na treningu, bo znam swoją wartość. Wiem, co zrobiłam oraz, na ile jestem przygotowana.

W tym roku, przez chwilę, z wynikiem 1.97 m była pani nawet wiceliderką światowych tabel.

- Teraz zajmuję trzecie miejsce, na które spadłam po mityngu w Madrycie. Tam wyprzedziła mnie Hiszpanka Ruth Beitia, przeskakując wysokość 1.98 m.

Znana jest pani hala w Belgradzie?

- Nie, ponieważ jest to obiekt specjalnie przygotowany i skonstruowany na potrzeby mistrzostw. W związku z tym jeszcze nie miałam okazji się z tą halą zaznajomić.

Rozumiem, że to nie stwarza superkomfortowych warunków?

- Gdy zawodnik jest przygotowany, to nic nie powinno mu przeszkadzać. Aczkolwiek to na pewno jest czynnik, który ma jakiś wpływ, szczególnie na zawodach halowych. Chodzi oczywiście o podłoże, które w niektórych konkurencjach, a zwłaszcza w skoku wzwyż, bardzo mocno wpływa na zawodnika. Tego typu układana bieżnia wyraźnie "oddaje" na odbiciu i na całym rozbiegu. Trzeba bardzo mocno trzymać się techniki i uważać na to, jak się skacze.

Czyli towarzyszy pani niepewność?

- Myślę, że w czwartek zapoznam się z halą i zrobię kilka rozbiegów oraz kilka odbić. W ten sposób "poczuję" ten obiekt i będę wiedzieć, jak skakać już w eliminacjach.

Nie bez powodu zapytałem o znaczenie takiego podłoża, bo pamiętam, że dwa lata temu po HME w Pradze, gdzie zdobyła pani brązowy medal, narzekała pani na nierówny rozbieg.

- Może nie tyle na nierówny rozbieg, co problem tkwił w tym, że bieżnia była właśnie bardzo "nośna" i równie sprężysta. Przez to, mówiąc naszym językiem, nie przesuwała nas do przodu, tylko bardzo mocno wybijała w górę. To stwarzało problem na rozbiegu oraz przy samym odbiciu. Koniec końców wyniki w całym konkursie były dalekie od doskonałych.

Patrząc po pani obecnych rezultatach doprawdy trudno uwierzyć, że początkowo nie planowała pani startów w tej części roku.

- Zgadza się (śmiech). Decyzję podjęliśmy bardziej za sprawą Michała. Ja, co prawda, miałam w planach start w mistrzostwach Polski, ale nie zakładałam więcej występów. Jednak w pewnej chwili Michał podjął taką decyzję, a ja w pełni mu zaufałam. Teraz cieszę się, że doszło do tej zmiany. Ale powtórzę, że pomimo zadowalających wyników, założenia nie uległy zmianie. Za mną dwa starty, a przede mną - mam nadzieję - kolejne dwa, co będzie krótkim okresem startowym, który nie powinien mnie wymęczyć. W tej chwili czuję się naprawdę bardzo dobrze i myślę, że tak pozostanie.

Naprawdę nie dyskutowała pani z mężem?

- Oczywiście miewam swoje zdanie i dzielę się swoimi spostrzeżeniami, ale w tej kwestii specjalnie nie dyskutowałam z Michałem. Założenie było takie, że moja dyspozycja w halowych mistrzostwach Polski, a wcześniej w mityngu Orlen Cup, zadecydują, czy jest sens wystartować w HME. Tymczasem już pierwszy start pokazał, że po bardzo krótkim okresie przygotowawczym, bo trwającym dwa i pół miesiąca, potrafiłam skoczyć 1.97 m, mimo że zbytnio się do tego nie szykowałam, ani nie schodziłam z obciążeń treningowych. Odkąd zaczęłam trenować z Michałem, ufam mu bezgranicznie. On wie, co robi i to zawsze przynosiło rezultaty, dlatego nie myślę tego zmieniać.

A kiedy po raz ostatni postawiła pani mężowi weto?

- W treningu? Chyba nie było takich sytuacji. Przez tyle lat ani razu się na nim nie zawiodłam, więc w pełni zdaję się na niego.

Przybliżmy kulisy podjęcia decyzji o starcie w sezonie halowym. U męża to był impuls?

- Byliśmy chyba na obozie w Zakopanem. Tam Michał analizował trening lub dzienniki i wtedy pomyślał, że może by tak poprzedzić start na mistrzostwach Polski, udziałem w mityngu w Łodzi. Od początku nie miałam nic przeciwko, choć w pierwszej chwili zrobiło się lekko stresująco, bo byliśmy dopiero w górach, a nie miałam za sobą żadnego treningu technicznego. Przy czym ja naprawdę ulgowo traktuję obecny okres. Nie mam takich założeń, jak w latach poprzednich, aby koniecznie przygotować dwa szczyty formy. Tym razem daliśmy sobie trochę czasu na regenerację i odpoczynek, a że wszystko wyszło bardzo dobrze, to postanowiliśmy pójść za ciosem i to wykorzystać.

W Łodzi szło pani tak dobrze, że zaatakowała pani wysokość 2.01 m.

- Faktycznie, skakało mi się bardzo fajnie. Dlatego po wysokości 1.97 m chciałam skoczyć jeszcze wyżej. Konkurs w Toruniu wyszedł mi trochę mniej, ale to był wypadek przy pracy. W sumie też czułam się bardzo dobrze, ale coś poszło nie tak. W każdym razie wyciągnęłam wnioski i skorygowałam błędy, dlatego myślę, że już coś takiego nie powinno się powtórzyć.

Pojawiły się opinie, że konkurs w Toruniu był w pani wykonaniu dość nerwowy.

- To znaczy nerwowy stał się, gdy zaczęłam strącać poprzeczkę. Wówczas wkradły się nerwy, bo pewne rzeczy wykonywałam źle, ale natychmiast skorygowałam je na treningu i teraz nie ma mowy o takich błędach.

Wynik 1.97 m to rezultat na medal w Belgradzie?

- Naprawdę trudno powiedzieć. Kiedyś bym powiedziała, że może dać brązowy medal, ale teraz trudno powiedzieć. Ostatnie halowe mistrzostwa świata, a szczególnie igrzyska olimpijskie pokazały, że wszystkiego można się spodziewać. Dałabym sobie rękę uciąć, że na medal IO w Rio trzeba będzie skoczyć 2 m i więcej. A okazało się, że wystarczyło 1.97 m w trzeciej próbie na brąz, a 1.97 m w pierwszej na złoty medal.

Pani rekord życiowy wynosi 2.02 m od 2015 roku, gdy wywalczyła pani tytuł halowej mistrzyni Polski. Czego obecnie brakuje, by powtórzyć bądź poprawić ten wynik?

- Trudno powiedzieć... Treningowo wszystko jest w porządku, więc chyba potrzeba tego jednego momentu, by wszystko znów zgrało się na skoczni. Mam nadzieję, że w końcu to nastąpi. Mam wrażenie, że brakuje czegoś, co tak naprawdę trudno wskazać. Generalnie wszystko idzie w dobrym kierunku, zarówno trening motoryczny, techniczny oraz siłowy.

Na co stać pani partnera treningowego Sylwestra Bednarka, obecnego lidera światowych list?

- Skokami, które zaprezentował na początku sezonu pokazał, że 2.33 m to nie było jego ostatnie słowo. Kto wie, czy w Belgradzie znowu nie pokusi się o rekord życiowy. Widać, że przez rok z kawałkiem wszystko musiało się ułożyć i teraz widać tego efekty. Zresztą już w poprzednim roku Sylwester był bardzo mocny, ale potrzebował czasu, by ugruntować swoją formę. Powiem szczerze, że jeśli jeszcze nie teraz, to w sezonie letnim już na pewno będzie skakał bardzo wysoko, bo jest naprawdę dobrze przygotowany i świetnie wygląda. Sam odzyskał wiarę w to, że może podnosić poprzeczkę, co pokazały konkursy w Bańskiej Bystrzycy i Hustopece.

Generalnie w skokach możemy odnieść kapitalny wynik w Belgradzie, bo poza panią i Bednarkiem mamy jeszcze dwóch tyczkarzy światowej klasy Piotra Liska i Pawła Wojciechowskiego. Wy sami możecie pokaźnie wypełnić worek na medale.

- Oby tak było... Nie ma co ukrywać, że polska reprezentacja na te mistrzostwa w ogóle jest bardzo mocna. Nie tylko w skokach, ale także w konkurencjach biegowych. W sporcie oczywiście niczego nie można przewidzieć, ale z pewnością każdy z nas pojechał w wysokiej dyspozycji i bojowym nastawieniu, żeby zaprezentować się z jak najlepszej strony.

48 lat temu w Belgradzie Polska zdobywając 9 medali (w tym 6 złotych), co zapewniło zwycięstwo w klasyfikacji medalowej przed takimi potęgami, jak m.in. ZSRR oraz NRD. Stać nas na kolejny, spektakularny wynik?

- Prawdę mówiąc troszkę odcięłam się od takich kwestii, nie śledzę tego, a w związku z tym nie analizuję szans w ujęciu całej reprezentacji. Natomiast wiem, że mamy bardzo dużo lekkoatletów na bardzo wysokich pozycjach na listach europejskich. Wielokrotnie na włsnej skórze przekonywałam się, że start w zawodach jest dodatkową motywacją i mobilizacją, dlatego koleżanki i kolegów stać na rekordy. A jeśli tak będzie, to wspólnie możemy pokusić się o historyczny wynik. Tego życzę sobie oraz całej reprezentacji.

Optymiści mówią o 10 medalach, a niepoprawni sympatycy, żeby nie powiedzieć "fanatycy" wskazują nawet 15 naszych szans na miejsca na podium.

- Brzmi fantastycznie i byłoby super, ale przed weekendem w Belgradzie możemy tylko pospekulować.

Ostatnim wyznacznikiem są HME w Pradze, z pani brązowym medalem, a łącznie siedmioma "krążkami" naszej kadry.

- Myślę, że gdyby ten dorobek udało się poprawić, już mówilibyśmy o kolejnym progresie. Cała polska lekkoatletyka z roku na rok jest coraz mocniejsza. To widać na imprezach mistrzowskich w hali, a także na otwartym stadionie. Zdobywamy coraz więcej medali oraz przybywa młodych zawodników, którzy z impetem wkraczają do czołówki światowej. Tam wywalczają sobie bardzo mocne pozycje z budzącymi respekt wynikami. To pokazuje, że nasza "lekka" naprawdę zmierza w bardzo dobrym kierunku.

Mam wrażenie, że jest pani lekko przeziębiona.

- Nie, czuję się bardzo dobrze. Wszystko jest w porządku i proszę trzymać kciuki za mój start w piątek.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje