Jej historią żyła cała Polska. Błysk na igrzyskach zmienił wszystko
Start podczas igrzysk olimpijskich był dla niej przełomowym momentem w karierze. W 2024 roku w Paryżu Weronika Lizakowska pobiła rekord Polski, jednak wynik nie wystarczył, aby awansować do finału. - Myślałam, że to będzie spełnienie moich marzeń i moment, w którym skończę trenować - opowiedziała w rozmowie z Interią Sport. Spośród wielu sportowców Lizakowska może pochwalić się sprecyzowanym planem na życie po zakończeniu kariery. Jej nietypowa pasja okazała się szczególnie ważna, gdy przez kontuzję wypadła z kadry. Jak sama podkreśla, przekazywane historie różniły się od tego, jak naprawdę wyglądało to w tamtym czasie.

Natalia Kapustka, Interia Sport: Zbliżamy się do końca roku, więc to czas pierwszych podsumowań. Jak Pani ocenia mijający rok?
Weronika Lizakowska, rekordzistka Polski na 1500 m: Myślę, że był to trudny rok, choć pewnie każdy rok taki będzie. Uważam jednak, że był dobry. Byłam w dwóch finałach Halowych Mistrzostw Europy. Na Mistrzostwach Świata dotarłam co prawda tylko do półfinału, ale z drugiej strony był to mój pierwszy półfinał na stadionie otwartym. Wygrałam też meeting w Bydgoszczy - był to Gold Meeting, czyli naprawdę mocna impreza. Wystartowałam w kilku zawodach Diamentowej Ligi, co samo w sobie jest dużą nobilitacją i zaszczytem. Więc mimo że chciałam pobiec dużo lepiej i osiągnąć wyższe wyniki, uważam, że to był dobry rok, bo wiele ważnych rzeczy udało mi się zdobyć.
Zdecydowała się też Pani na zmianę klubu.
- Tak, zdecydowałam się na zmianę klubu i jestem z tego bardzo zadowolona.
Przełomowym momentem w Pani karierze był udział w igrzyskach. Zanim przejdziemy do sportowych aspektów - jakie wrażenie zrobiła na Pani cała olimpijska otoczka?
- Jeżeli chodzi o igrzyska, to było coś naprawdę niesamowitego. To impreza absolutnie niepowtarzalna i bardzo się cieszę, że mogłam tam być i tego wszystkiego doświadczyć. To zupełnie inne zawody niż wszystkie, w których wcześniej startowałam.
Rekord polski i brak finału igrzysk. "Trochę czasu zajęło mi dojście do siebie"
A czy serce bije trochę mocniej na starcie igrzysk? Czy może, kiedy wychodzi się na linię startu, czuje się to samo co zawsze?
- Wydaje mi się, że to wszędzie wygląda podobnie. Stres jest taki sam, bo za każdym razem, kiedy wychodzę na start, bardzo mi zależy. Chcę pobiec najlepiej, jak potrafię i na ile jestem przygotowana w danym momencie. Myślę, że każdy sportowiec chce w tym jednym biegu pokazać wszystko, nad czym tak długo pracuje. Często trenujemy cały rok, a nawet wiele lat, żeby zaprezentować się dobrze w jednym kluczowym starcie, więc naturalne jest, że towarzyszy nam duże napięcie. Ale kiedy jestem na Mistrzostwach Świata czy igrzyskach, to oprócz stresu pojawia się też duma z tego, że to był dobry sezon, skoro jestem na imprezie docelowej.
A długo dochodziła Pani do siebie po tym, że jednak nie udało się wejść do finału, mimo że sam wynik był dużym sukcesem?
- Myślę, że tak. Właściwie już dokładnie nie pamiętam, bo staram się nie wracać do takich momentów - trzeba się skupiać na tym, co jest teraz i co nadchodzi. Ale myślę, że faktycznie trochę czasu zajęło mi dojście do siebie. Cieszę się jednak, że się z tego podniosłam i mam dużą motywację przed kolejnymi sezonami i staram się właśnie za tym iść.
Dużą radością było dla Pani to, że po powrocie do rodzinnego miasta przyszło tak wielu mieszkańców?
- Tak, to było bardzo miłe. Byłam naprawdę szczęśliwa i wzruszona tym, jak moja społeczność mnie przyjęła i jak odebrano mój występ na igrzyskach. To było dla mnie coś wyjątkowego.
A kto w domu najbardziej Pani kibicuje? Słyszałam, że rodzina bardzo angażuje się we wspieranie Pani na zawodach.
- Tak, zdecydowanie. Myślę, że cała moja rodzina bardzo przeżywa moje starty i mocno mi kibicuje. Kiedy tylko mogą, jeżdżą za mną na zawody. Mam też przyjaciół, którzy cały czas mnie wspierają, oraz narzeczonego, który również wszędzie ze mną jeździ i dodaje mi otuchy. Naprawdę mam ogromne wsparcie.
Czy czuje Pani, że po igrzyskach i kolejnych startach w dużych imprezach Pani życie bardzo się zmieniło?
- Może przede wszystkim w tym sensie, że jestem bardziej rozpoznawalna. Nie jakoś bardzo, ale na pewno bardziej niż przed tym wszystkim. Mogę też jeździć na duże zawody i korzystać z takich możliwości. Na początku byłam w szoku, nie bardzo rozumiałam, dlaczego ktoś chce ze mną zdjęcie albo autograf. Ale to naprawdę bardzo miłe i bardzo to doceniam.
W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że "presja jest przywilejem". Czy po kolejnych startach ta presja zaczęła się bardziej pojawiać? I co dokładnie miała Pani wtedy na myśli - na czym polega ten "przywilej"?
- Presja rzeczywiście się pojawia, bo jestem bardziej rozpoznawalna i ludzie zaczynają czegoś ode mnie oczekiwać, na przykład konkretnego wyniku.
Kiedyś niewiele osób kojarzyło moje starty poza małym środowiskiem, a teraz znacznie większa grupa śledzi, jak biegam. I wtedy nie chcę zaprezentować się źle, a to potrafi przytłoczyć, bo z tyłu głowy pojawia się myśl, żeby tylko nie zawieść. Zamiast po prostu zrobić to, co potrafię najlepiej, czasem skupiam się za bardzo na tym, żeby nie wypaść słabiej. Uczę się jednak z tym funkcjonować.
- Bo to jest też miłe, jeśli ktoś ogląda Twój start i oczekuje od Ciebie dobrego wyniku, to znaczy, że wierzy, że stać Cię na więcej. I właśnie o to chodziło mi w zdaniu "presja to przywilej". To nie moje autorskie stwierdzenie, słyszałam je wcześniej, ale bardzo je czuję. Ono pokazuje, że skoro ludzie czegoś od Ciebie oczekują, to znaczy, że jesteś już na pewnym sportowym poziomie.
Jak obecnie wyglądają Pani przygotowania i ile kilometrów tygodniowo pokonuje Pani w takim okresie?
- Teraz dopiero wchodzę w treningi, więc objętość stopniowo wzrasta. W zeszłym tygodniu przebiegłam około 125 kilometrów.
Czy ma Pani jakieś przedstartowe rytuały?
- Przed startem zazwyczaj albo czytam książkę, albo rozwiązuję sudoku, kolorowanki dla dorosłych, a ostatnio też wykreślanki, albo gram w jakąś grę na telefonie. Staram się po prostu zająć czymś innym, żeby nie myśleć tylko o biegu. Często też dzień przed startem rozpisuję sobie cały plan dnia, kiedy wyjechać na rozgrzewkę, kiedy ją rozpocząć, wziąć kofeinę lub żel, o której zjeść obiad i tak dalej. Chcę mieć wszystko zaplanowane, żeby odciążyć się od nieprzewidzianych sytuacji i uniknąć dodatkowego stresu.
Poza sportem jest Pani też zorganizowaną osobą, czy pozwala sobie na więcej spontaniczności?
- Jest więcej spontaniczności. Prywatnie raczej nie planuję wszystkiego z dużym wyprzedzeniem. Staram się po prostu obserwować, co się dzieje, i decydować na bieżąco - czy mam ochotę coś zrobić, pojechać gdzieś, czy nie.
Czy jest dziś jakiś cel lub osiągnięcie, po którym poczułaby Pani, że w pełni spełniła się jako zawodniczka?
- Nie wiem, czy ktokolwiek ma taki cel, po osiągnięciu którego czułby się w pełni spełniony jako sportowiec. Zawsze chce się więcej, zawsze pojawia się kolejny cel.
Miałam swój duży cel i był to udział w igrzyskach olimpijskich - i osiągnęłam go. Myślałam, że to będzie spełnienie marzeń i moment, w którym skończę trenowanie. Okazało się jednak, że po tym doświadczeniu chcę iść dalej i walczyć o finał Mistrzostw Świata czy igrzysk.
- Dla mnie zawsze, kiedy coś osiągnę, pojawia się kolejny cel, więc nie mogę powiedzieć, że jest coś, co w 100% mnie zadowoli. Na ten moment moim celem jest być zdrową, dobrze się przygotować i wystąpić na kolejnych igrzyskach olimpijskich.
Nietypowa pasja polskiej olimpijki. Ma konkretny plan po karierze
Był też cięższe momenty w karierze, kiedy na przykład zmagała się Pani z kontuzją i na chwilę wypadła z kadry.
- Nie pamiętam dokładnie, jak dokładnie to było, bo miałam kilka poważniejszych kontuzji i kilka razy wypadałam z kadry. Tamta kontuzja chyba była związana ze zmęczeniem, coś w rodzaju złamania zmęczeniowego w strzałce. Po tym czasie po prostu bardzo się zmobilizowałam. Postanowiłam, że chcę trenować do igrzysk i że to będzie mój najważniejszy cel. Byłam gotowa wiele poświęcić, żeby wystąpić na igrzyskach
W tamtym czasie zrobiło się głośno o Pani pasji do matematyki. Skąd się to wzięło i jak rozwijała się Pani w tym kierunku?
- Skończyłam licencjat z matematyki, ze specjalnością nauczycielską. A pasja? To chyba po prostu naturalny ciąg zdarzeń. Poszłam na studia i tak się zaczęło. Bardzo lubię matematykę, od dziecka była mi bliska i stosunkowo łatwo mi przychodziła. Myślę, że dużą rolę odegrały moje nauczycielki matematyki, które od początku potrafiły zarazić swoją pasją. To sprawiło, że i ja chciałam rozwijać się w tym kierunku i też chciałam zostać nauczycielką.
Pojawiły się informacje, że dzięki udzielanym korepetycjom mogła Pani rozwijać się sportowo.
To nie do końca było tak, jak pisały media. Nie zarobiłam na korepetycjach tyle, żeby opłacić obozy, to była nieprawda. Udzielałam ich raczej z pasji, żeby nie wypaść z rytmu i mieć drobne pieniądze dla siebie. Prawdziwe wsparcie finansowe pochodziło od lokalnych sponsorów z Kościerzyny, dzięki którym mogłam wyjechać na obozy i rozwijać się sportowo.
Czy matematyka nadal pozostaje realnym planem po zakończeniu kariery?
- Tak, dokładnie. Po zakończeniu kariery chcę zostać nauczycielką matematyki. Moi rodzice zawsze powtarzali, że warto mieć plan B, bo sport nie trwa wiecznie i dziś jesteś na szczycie, a jutro możesz wpaść w poważną kontuzję lub zdarzyć się coś nieprzewidzianego. Dlatego zrobiłam te studia, bo chciałam i przede wszystkim dlatego, że lubię matematykę.
Pierwszym zetknięciem były praktyki w szkole. Czy przekonała się Pani, jak to może wyglądać w rzeczywistości?
- Spędziłam tam miesiąc, a nie cały rok czy kilka lat, więc trudno dokładnie powiedzieć, jak to będzie w pełnym wymiarze. Uważam jednak, że w matematyce, tak jak w sporcie, trzeba być konsekwentnym i cierpliwym - układać "cegiełkę po cegiełce", żeby osiągnąć dobry wynik. W sporcie to pozwala zdobywać formę i wynik, w matematyce - zrozumieć materiał. Cierpliwość też jest naprawdę podstawowa, a ja przyznam, że jej czasem mi brakuje, więc bywa różnie. Praktyki robiłam w szkole, w której sama się uczyłam, więc wiedziałam, jak moje nauczycielki prowadzą lekcje. Nie było to dla mnie zaskoczeniem.
Jeśli porównać to do sportu, to podobieństwo widać w konieczności konsekwencji, cierpliwości i determinacji, żeby być dobrym nauczycielem. Trzeba też dobrze przygotować zajęcia, co trochę przypomina przygotowanie do treningu. W mojej ocenie jest to całkiem podobne doświadczenie.
Dużą różnicą w życiu sportowca jest to, że praktycznie cały czas żyje się "na walizkach", podczas gdy nauczyciel ma stałe miejsce pracy. Czy myśli Pani, że będzie brakować takiego trybu życia?
- Na ten moment na pewno mogę powiedzieć, że bardzo chciałabym spędzać więcej czasu w domu, kiedy skończę trenować, i po prostu nacieszyć się tym miejscem, którego praktycznie nie mam cały czas, bo ciągle jestem w podróży. Jak to będzie w praktyce, nie wiem - słyszałam różne opinie od osób, które po zakończeniu kariery stwierdziły, że potrzebują tych podróży, wyzwań i nowych doświadczeń. Na ten moment mogę powiedzieć, że na pewno chciałabym być w domu i mniej podróżować, ale jak będzie naprawdę, trudno przewidzieć.
Naszą rozmowę zaczęłyśmy od podsumowania, więc może zakończmy planami i celami na nowy rok. Czy coś już Pani ma w głowie?
- Mam nadzieję, że uda mi się dobrze przygotować do sezonu halowego i wystartować na Halowych Mistrzostwach Świata. Prywatnie wszystko mam już poukładane i czuję się dobrze, więc w tej sferze nie stawiam sobie żadnych większych celów.














