Jednak koniec, Piotr Lisek z żalem ogłasza. "Łudziłem się do ostatniej chwili"
Piotr Lisek nie rozpoczął tego roku - sportowo - z przytupem - w pierwszych swoich mityngach był daleki od skakania na poziomie 5.70 m. A to jednak w jego przypadku była granica, którą od 2013 roku w hali zawsze osiągał. I pewnie byłą to kwestia czasu, gdyby nie splot fatalnych wydarzeń podczas mityngu w Karlsruhe - trzy tygodnie temu. Rekordziście Polski pękła tyczka, w locie. I niestety - odprysk uszkodził lewą dłoń. Lisek miał wrócić w niedzielę, był na liście startowej mistrzostw Polski. W ostatniej chwili się wycofał. A później przedstawił ogłoszenie dotyczące startów w hali.

Niewielu w Polsce jest sportowców tak aktywnych, ale i pozytywnie zakręconych, jak Piotr Lisek. Mówimy o tyczkarzu wybitnym, może nie na poziomie Armanda Duplantisa i kilku innych gwiazd, ale jednak wielokrotnym medaliście mistrzostw świata i Europy. I jednym z 21 w całej historii, którzy skoczyli więcej niż sześć metrów. Ze swoim 6.02 z Monako z 2019 roku tyczkarz z Dusznik jest na 15. miejsce na liście wszech czasów.
Jeszcze w grudniu 33-latek walczył w gali KSW - dostał w klatce potężne lanie. Szybko jednak wrócił do treningów lekkoatletycznych, normalnie zaczął sezon halowy. Nie było może błysku - w Orlen Cup w Łodzie skoczył 5.40 m, poległ na 5.55. A później Chociebużu uzyskał 5.50 m, strącił 5.60 m. A to jednak wysokości, które zwykle zaliczał. Po kilkunastu dniach wrócił do walki w mityngu World Athletics Indoor Tour Gold Level w Karlsruhe. Skoczył 5.45 m, atakował 5.60 m, gdy w pierwszej próbie pękła tyczka. Wyglądało to koszmarnie, zawodnik spadł z trzech metrów. Na szczęście - na materac. Tyle że odprysk uszkodził mu lewą dłoń, oberwał palec. Nie było mowy o dalszym skakaniu, zawodnik KMS Szczecin musiał wycofać się z kolejnych zawodów.
Miał wrócić w niedzielę, w Toruniu. By walczyć o swoje jedenaste złoto pod dachem w mistrzostwach kraju. Oddał je tylko trzykrotnie: w 2014 roku triumfował Robert Sobera, a w 2016 i 2020 - Paweł Wojciechowski. Przy czym w tych ostatnich zawodnik rodem z Dusznik nie startował.
A teraz też się wycofał.
Piotr Lisek oficjalnie ogłasza. To koniec spekulacji ws. halowych mistrzostw świata
Obecna sytuacja ma jednak dalsze konsekwencje, bo Lisek planował start w halowych mistrzostwach świata w Toruniu. I mimo że nie ma minimum, a na liście World Athletics "Road to Toruń" jest obecnie dopiero 30. (wystąpi 12). Gwarancję zapewniał skok na 5.90 m, ostatnie "biorące" dziś miejsce Łotysza Valtersa Kreissa jest z rezultatem 5.75 m. Tyle że Polska mogłaby tu liczyć na "dziką kartę", zwłaszcza gdyby Lisek skoczył w okolicach tego 5.70 m.

On zaś w całej swojej długiej karierze w HMŚ w Polsce nie wystąpił. Nie dostał tej szansy w 2014 roku w Sopocie, bo w mistrzostwach Polski lepsi byli Sobera i Wojciechowski, a ona nie zaliczył żadnej wysokości. Mimo że regularnie skakał po 5.70 - 5.77 m. Wtedy wszyscy medaliści uzyskali po 5.80 m.
"Do ostatniej chwili łudziłem się, że nadwyrężona dłoni nie będzie aż tak dewastująca… Przez lata kariery da się przywyknąć do codziennego bólu, ale ból bólowi nierówny - napisał Lisek w mediach społecznościowych. I zaznaczył, że jest przygotowany fizycznie do skakania, ale "w skoku o tyczce trzeba utrzymać ciężar ciała na kiju i wykonać całą ewolucję skoku".
I choć chciałby walczyć na mistrzowskiej imprezie, to obecnie nie ma na to szans. Co z kolei oznaczy, że konkurs tyczkarzy 20 marca odbędzie się z Armandem Duplantisem czy Emanuilem Karalisem, ale bez Polaka. "Będę z całych sił wspierał naszych, tym razem z trybun" - napisał.
Wiele razy łamałem tyczki ale pierwszy raz tyczka złamała mnie. „Kości się zrastają” a ten czas poświęcę na pracę nad głową w której coraz częściej kroczę ciemnymi ścieżkami.
I zapowiedział powrót w sezonie letnim. Tu momentem docelowym będą sierpniowe mistrzostwa Europy w Birmingham.
Halowym mistrzem Polski w Toruniu został w niedzielę Filip Kempski z AZS AWF Katowice - wystarczyło do tego 5.40 m.











