Reklama

Reklama

Jakub Krzewina: Wciąż nie mogę w to uwierzyć

- Kiedy wracaliśmy samolotem do Warszawy, też nikt jeszcze nie dowierzał w to, że jesteśmy rekordzistami świata. Pytałem kolegów: „Serio, jesteśmy rekordzistami świata?” Do nich to też jeszcze nie dotarło. Ten rekord to taka wisienka na torcie, czy jak to mówi Tomasz Hajto truskawka na torcie – mówi w rozmowie z Interią Jakub Krzewina, złoty medalista i rekordzista świata w hali w biegu sztafetowym 4x400 metrów.

Krzysztof Oliwa, eurosport.interia.pl: Rozmawiamy w poniedziałkowy wieczór, czy doszedłeś już do siebie po niesamowitym finale biegu sztafetowego na 400 metrów?

Jakub Krzewina: - Szczerze to nawet nic z tego nie pamiętam. Muszę sobie jeszcze na spokojnie to wszystko zobaczyć. W głowie mam tylko niesamowitą radość, kiedy przekroczyłem metę jako pierwszy. O tym, że ustanowiliśmy rekord świata, dowiedzieliśmy się dopiero po chwili. Zupełnie to do nas nie docierało i nie dociera jeszcze do dziś. Kiedy wracaliśmy samolotem do Warszawy, też nikt jeszcze w to nie dowierzał. Pytałem kolegów: "Serio, jesteśmy rekordzistami świata?" Do nich to też jeszcze nie dotarło. Ten rekord to taka wisienka na torcie, czy jak to mówi Tomasz Hajto truskawka na torcie.

Reklama

Wierzyłeś w ogóle w to, że jesteście w stanie pokonać Amerykanów we finale?

- Nie było takich planów (śmiech). Koncentrowaliśmy się na tym, żeby zdobyć srebrny medal, może spróbować pobić rekord Europy. Amerykanie zawsze są poza zasięgiem. Nawet tak ustalaliśmy taktykę całej sztafety, żeby trzymać się ich blisko, bo wtedy będziemy mieć pewny srebrny medal. Tak się szczęśliwie złożyło, że pojawiła się szansa, żeby wygrać, wykorzystałem ją i to my teraz jesteśmy najlepsi na świecie.

Biegłeś na ostatniej zmianie, więc to głównie twoja zasługa.

- Na sukces pracuje cała drużyna. Biegnąc na ostatniej zmianie poczułem, że (Vernon - przyp. red.) Norwood słabnie. Do 300 metra skupiony byłem tyko na tym, żeby trzymać się blisko niego i "dowieźć" drugie miejsce. To był mój cel. Zerknąłem jednak w telebim, zobaczyłem, że mam kilka metrów przewagi nad biegnącymi za mną rywalami i zaryzykowałem. Pamiętam, że pomyślałem sobie: "A dlaczego nie spróbować zdobyć złota". Do tego widząc, że Amerykanin zaczyna biec wolniej, wstąpiły we mnie jakieś nadprzyrodzone siły. No i się udało.

Złoto smakuje chyba wyjątkowo w twoim przypadku, bo przez długi czas trapiły cię kontuzję. Niewiele osób sądziło, że będziesz w stanie wrócić do tak szybkiego biegania.

- Miałem dwie dość poważne operacje, ale jak mówił minister Witold Bańka bieganie 400 metrów to ogromna próba charakteru. Pomimo komplikacji i problemów udało mi się ją zdać. Ten medal to najlepsza nagroda, jaką mogłem sobie wyobrazić. Dojście na ten poziom, na którym jestem teraz kosztowało mnie mnóstwo wyrzeczeń i bólu.

Jako sztafeta jesteście w hali najlepsi na świecie, ale razem nie trenujecie zbyt często. Jak udaje się wam złapać potem zgranie w biegu sztafetowym?

- Każdy z nas trenuje z innym trenerem. Widujemy się na zgrupowaniach, ale tak naprawdę każdy pracuje dla siebie. Przed dużą imprezą, taką jaką były halowe mistrzostwa świata w Birmingham trenowaliśmy wspólnie przez dwa tygodnie. Koncentrowaliśmy się głównie nad płynnością zmian, bo to w biegu sztafetowym jest najważniejsze.

Do czterystumetrowców przylgnęła łatka "lisowczyków" od nazwiska trenera Józefa Lisowskiego. Twój kolega ze sztafety Rafał Omelko mówił, żeby nie szarżować już z tym określeniem, bo niewielu z was pracuje z trenerem Lisowskim.

- Faktycznie, nazwa funkcjonuje od lat. Fajne jest to, że określenie "lisowczycy" pojawia się zawsze w kontekście dużych sukcesów, więc nie mam nic przeciwko temu, aby mówiło się tak o nas jak najczęściej. Jak już mówiłem, na co dzień każdy z nas trenuje oddzielnie z innymi szkoleniowcami, trener Lisowski jest selekcjonerem kadry i to on ustala skład sztafety na końcu.

Jesteście halowymi mistrzami świata. Jak mocni będziecie na otwartym stadionie?

- Ciężko to porównywać. Przed ważnymi imprezami sezonu letniego każdy z nas musi przepracować solidnie okres przygotowawczy. Do tego, żeby były wyniki muszą omijać nas kontuzje. W teorii jest tak, że w hali biega się około czterech sekund wolniej niż na stadionie. Gdybyśmy byli w stanie przenieść teorię na praktykę, to wracalibyśmy z medalem z każdej wielkiej imprezy łącznie z igrzyskami olimpijskimi. Na razie naszym celem jest bieganie na stadionie poniżej 2:58,00. Gdyby to się udało to pobilibyśmy rekord Polski z końca lat 90. XX wieku. (rekord świata wynosi 2:54,29 - przyp. red,).

Nie wszyscy kibice to rozumieją, więc warto spytać kogoś, kto to wytłumaczy. Dlaczego pod dachem biega się wolniej niż na stadionie?

- Taka jest specyfika hali. Główna różnica polega na tym, że pod dachem biega się dwa okrążenia po 200 metrów. Koła więc są małe, łuki ostre, a co za tym idzie osiąga się mniejsze prędkości. Na stadionie mamy jedno czterystumetrowe okrążenie

Zdobyłeś złoto w niedzielę, w tym samym czasie twój ukochany Lech Poznań przegrał w LOTTO Ekstraklasie z Legią Warszawa. Indywidualny sukces poprawił ci humor po porażce z odwiecznym rywalem?

- Dowiedziałem się o wyniku dopiero po meczu, zadzwonili do mnie koledzy, którzy siedzieli na sektorze gości. Znajomi mówili, że chociaż ja ich nie zawiodłem, bo mój sukces zrekompensował im wyjazd i porażkę na Legii. Wiem, że było sporo kontrowersji, zwłaszcza z rzutem karnym w końcówce dla legionistów, ale nawet nie miałem jeszcze czasu "odpalić" internetu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL