Reklama

Reklama

Isinbajewa: Najpierw dziecko, potem Rio de Janeiro

Jelena Isinbajewa nie wykluczyła powrotu do sportu, chociaż wcześniej zapowiadała zakończenie kariery. Najpierw jednak chce urodzić dziecko, a potem pomyśli o olimpiadzie. W Moskwie odzyskała tytuł mistrzyni świata w skoku o tyczce. Sukces świętowała całą noc.

Rekordzistka świata (5,06) przyznała w rozmowie z dziennikarzami gazety "Sowietskij sport", że wtorkowy konkurs na stadionie Łużniki był dla niej bardzo stresujący.

"Emocje mnie przerastały. To zwycięstwo jest jednym z najbardziej kosztownych w karierze. Dziękuję wszystkim fanom, zwłaszcza tym, którzy byli na stadionie. Bardzo mi pomogli okrzykami, klaskaniem. Gdyby mistrzostwa odbywały się w innym kraju, może by się nie stało to, co się stało" - zaznaczyła 31-letnia "caryca tyczki", jak powszechnie się o niej mówi.

Wiele serdecznych słów wypowiedziała pod adresem trenera Jewgienija Trofimowa, którego - jak przyznała - bardzo zraniła swoim odejściem. W marcu 2011 roku rozstała się ze szkoleniowcem Siergieja Bubki Witalijem Pietrowem. Wróciła z Monako do Wołgogradu. Do rodziny, przyjaciół i do Trofimowa, pod którego okiem uczyła się skakać, a którego opuściła w 2005 roku, by pracować z Pietrowem.

Reklama

"Witalij był moim trenerem, Jewgienij jest jak ojciec. Zna mnie od dziecka. Kiedy zdecydowałam się na powrót do niego, liczyłam się z odmową. On jest bardzo ambitny, a ja go zraniłam. Mógł powiedzieć, że nie chce ze mną pracować, a wtedy rzuciłabym sport. Ale Jewgienij Wasiliewicz Trofimow nie odmówił" - wspomniała.

"Odżyłam - podkreśliła Isinbajewa. - Jestem mu bardzo wdzięczna. To geniusz, który dosłownie podniósł mnie po upadku i dał mi z powrotem tytuł. Zyskałam odwagę i wiarę, że znów mogę skakać wysoko. To on sprawił, że... zmartwychwstałam. Przed mistrzostwami świata czułam się tak samo, jak w 2004 roku, gdy byłam bardzo młodą dziewczyną, która w Atenach zdobyła złoty medal olimpijski".

Pytana, co robiła po sukcesie na Łużnikach, odpowiedziała: "Przez całą noc świętowałam, dlatego jestem tak bardzo zmęczona". Co dalej? "W następnym sezonie proszę na mnie nie czekać. Mam nadzieję, że będę miała +wypchany brzuch+. Chcę mieć dziecko. Co będzie potem - zobaczymy".

Urodzona 3 czerwca 1982 roku w Wołgogradzie Isinbajewa nie wykluczyła powrotu do sportu. "Nie sądzę, aby to było w 2015 roku. Na 15. lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Pekinie nie zdążę się przygotować. Ale w 2016 roku? Całkiem możliwe. Chciałabym się spotkać z kibicami w Rio de Janeiro" - wyjawiła na łamach gazety "Sowietskij sport".

Natomiast w rozmowach z dziennikarzami w tzw. strefie mixed zone na stadionie Łużniki mówiła: "Zamierzam spróbować czegoś innego. Planuję wrócić, choć tego nie obiecuję. Nie będzie to jednak skok o tyczce. Może wzwyż? Jeśli wszystko mi się powiedzie, to zobaczymy się w Rio. A jeśli nie dam rady, to oficjalnie przejdę na emeryturę".

Isinbajewa po raz trzeci została mistrzynią świata (poprzednio Helsinki 2005 i Osaka 2007). Uzyskała 4,89 i trzykrotnie atakowała rekord globu 5,07. W dwóch próbach była blisko celu. Dziennikarze sugerowali, że bardzo się tym niepowodzeniem zdenerwowała.

"Bzdura! Ewentualny rekord miał być bonusem do dobrego nastroju. Rekordów nie bije się na zawołanie. Brałam pod uwagę taką możliwość, ale wszystko uzależniałam do sytuacji. Kiedy pokonałam poprzeczkę na 4,89 poczułam, że mogę skoczyć wyżej, że może to być 5,07. Ale potem, chyba z emocji, powietrze uszło ze mnie jak z dętki.

Po prostu nie miałam wystarczająco dużo siły fizycznej" - podkreśliła.

Z kolei "car tyczki", rekordzista świata Siergiej Bubka podkreślił wyczyn, jakiego dokonała Isinbajewa i przyznał, że można mówić o jej zmartwychwstaniu po paśmie niepowodzeń. Najbardziej dotkliwych porażek doznała w mistrzostwach świata - w 2009 roku w Berlinie, gdzie nie zaliczyła żadnej wysokości (konkurs wygrała wtedy Anna Rogowska) oraz w południowokoreańskim Daegu dwa lata później. Tam uplasowała się na szóstym miejscu. Za niepowodzenie uznała także brązowy medal w igrzyskach w Londynie.

Przez blisko dwa lata nie startowała - od 25 sierpnia 2009 roku do 17 lipca 2011. Jak mówiła, potrzebowała długiej przerwy, by odpocząć, mieć czas na przemyślenia.

"Po takim upadku podnieść się mogą tylko wielcy sportowcy. A że takim jest Jelena, pokazała światu 13 sierpnia. Gdy ustawiono poprzeczkę na 4,89 powiedziałem siedzącemu obok mnie prezesowi rosyjskiej federacji Walentynowi Bałachniczewowi: Oto jest wysokość mistrza. Kto ją pokona, będzie miał złoto. Nie wątpiłem, że trafi ono do Jeleny" - powiedział wiceprezydent IAAF w wywiadzie dla gazety "Sowietskij sport".

Bubka nie podzielił opinii dziennikarzy, że przejście Isinbajewej do Pietrowa było błędem, nawet z perspektywy czasu i przypomniał, do jakich sukcesów ją doprowadził. Pytany, czy to nie szkoda, by zawodniczka kończyła bądź też przerywała karierę w chwili, gdy doszła do wysokiej formy i może poprawić rekord świata, odparł:

"Nie mam prawa, aby jej doradzać nieproszony i jeszcze mówić o tym publicznie. To jest jej życie, jej pragnienia, które zna jak nikt inny najlepiej. Nie powinniśmy się wtrącać w jej plany" - zaznaczył. Podkreślił, że termin mistrzostw świata jakby został "podpasowany pod Jelenę". Zwrócił też uwagę, że dla niej wypełnił się stadion do ostatniego miejsca, po raz pierwszy w tej imprezie. "Nawet w dniu, kiedy w finale 100 metrów startował Usain Bolt nie było tylu widzów".

Prezydent Światowego Stowarzyszenia Prasy Sportowej (AIPS), dziennikarz "La Gazzetta dello Sport" Gianni Merlo także zauważył większe zainteresowanie "carycą tyczki" niż jamajskim sprinterem.

"Byliśmy wcześniej zaniepokojeni, że ten stadion już się nie wypełni po brzegi widzami, ale ona ich przyciągnęła jak miód pszczoły. Wkrótce ma być matką, co też potwierdziła na łamach najstarszej w tym kraju sportowej gazety jaką jest Sowietskij sport. Nie wiadomo tylko, kim jest ten tajemniczy człowiek, którego chce poślubić. Czy ceremonia będzie szumna, czy cicha?" - zastanawia się 66-letni włoski dziennikarz.

Co do planów powrotu Isinbajewej do sportu powiedział: "Jak wspomniała, nie będzie to szybciej niż w 2015 roku. A może już nie wróci i zatrzyma się na szczycie góry, gdzie już jest. To są wszystko hipotezy, a dziś powiedzmy jej głośno: Dziękujemy!".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje