Reklama

Reklama

HMŚ w lekkoatletyce - polskie sztafety 4x400 m awansowały do finału

Sztafeta 4x400 m mężczyzn wystąpi w niedzielnym finale halowych lekkoatletycznych mistrzostw świata w Sopocie. Polacy uzyskali czwarty czas w kwalifikacjach - 3.06,50. Najlepszy - 3.04,36 - osiągnął zespół USA. Chwilę później także kobieca sztafeta polska awansowała do finału.

"Biało-czerwoni" biegli w składzie: Kacper Kozłowski (AZS UWM Olsztyn), Patryk Dobek (SKLA Sopot), Łukasz Krawczuk i Jakub Krzewina (obaj WKS Śląsk Wrocław).

Reklama

W swej serii zajęli trzecie miejsce, za Amerykanami i Jamajczykami - 3.06,12. W drugiej serii zwyciężyli Brytyjczycy - 3.06,09 przed Rosjanami - 3.06,63 i Nigeryjczykami - 3.07,95.

Polacy znaleźli się wśród dwóch sztafet, które awansowały z czasami. Wynik Polaków jest ich najlepszym rezultatem w tym sezonie.

W finale, oprócz "Biało-czerwonych", wystartują Amerykanie, Jamajczycy, Brytyjczycy, Rosjanie i Ukraińcy.  Finał męskiej sztafety 4x400 m zakończy w niedzielę zmagania lekkoatletów w Sopocie. 

"Cudownie jest biegać u siebie"

- Czułem się tutaj bardzo dobrze, trybuny niosły. My jesteśmy na bardzo wyrównanym poziomie, jesteśmy zgraną drużyną, która doskonale wie, na co ją stać. Nie boję się stwierdzić, że jesteśmy tu faworytami - powiedział Kozłowski.

On oddał pałeczkę na pierwszym miejscu, a potem przejął ją Dobek. - Chciałem dobiec na wysokiej pozycji i udało nam się. Patrzyłem cały czas na Amerykanów i Jamajczyków. Reszta mnie nie obchodziła, bo wiedziałem, że tylko oni mogą być od nas lepsi - ocenił.

Trudności zaczęły się na trzeciej zmianie. Po 150 m Krawczuk poczuł ból w mięśniu dwugłowym i walczył już tylko o to, by oddać pałeczkę i nie zejść z bieżni.

- Początek był bardzo dobry, kontrolowałem to, ale po 150 metrach pojawił się ból w mięśniu dwugłowym. Od tego momentu moim priorytetem było tylko dobiec. Sytuacja była bardzo ciężka. Pojawiła się nawet myśl, by się zatrzymać. W finale prawdopodobnie zastąpi mnie Rafał Omelko. Zresztą to będzie spore wzmocnienie - powiedział.

Na trzeciej pozycji pałeczkę otrzymał Krzewina. On pochwalił przede wszystkim kibiców. - Huk był taki, że mnie to niosło. Miałem całkiem dużą stratę, ale szybko zbliżyłem się do Jamajczyka. Cudownie jest biegać u siebie - przyznał.

On sam zrezygnował z biegu indywidualnego, by siły zbierać właśnie do rywalizacji w sztafecie. - Byłem trochę przeziębiony i nie było sensu się szarpać. Czuję się dobrze przygotowany i dlatego też zostałem wystawiony na ostatniej zmianie - wyjaśnił.

W finale polska sztafeta nie będzie rozstawiona. Może się zdarzyć także tak, że zawodnicy będą musieli startować na pierwszym lub drugim torze. - To ma naprawdę duże znaczenie. Łuki są bardzo ostre, a wtedy trzeba być strasznie mocnym - dodał Krzewina.

Polki też w finale

Także kobieca sztafeta 4x400 m awansowała do niedzielnego finału.

Polki w składzie: Ewelina Ptak, Patrycja Wyciszkiewicz, Joanna Linkiewicz i Małgorzata Hołub z czasem 3.29,48 zajęły trzecie miejsce w drugim biegu półfinałowym i znalazły się wśród dwóch sztafet, które awansowały z czasami.

Wynik Polek jest ich najlepszym rezultatem w tym sezonie.

W finale, oprócz naszych zawodniczek, wystartują Brytyjki, Rosjanki, Amerykanki, Jamajki i Nigeryjki.

"Tak szybko nie biegałyśmy nawet latem"

- Dla mnie najważniejsze było przede wszystkim pobiec swoim tempem, by nie dać się podpalić i tak się też udało - powiedziała Ptak, która jeszcze niedawno biegała w sztafecie 4x100 m.

- Specjalnie na te mistrzostwa postanowiłam trochę wydłużyć dystans. W perspektywie kolejnych sezonów, również zamierzam zostać na dystansie 400 m - dodała.

Po niej pałeczkę przejęła Wyciszkiewicz. - Jestem bardzo zadowolona, bieg był bardzo mocny. Zresztą widać to po wyniku końcowym. Tak szybko nie biegałyśmy nawet latem, a każda z nas wniosła w to swoją cegiełkę - zaznaczyła.

Na trzeciej zmianie była Linkiewicz, która strefę mieszaną opuściła na noszach. Bieg kończyła Hołub, która w Sopocie startowała także indywidualnie.

- Jak przed rywalizacją dowiedziałam się od trenera, że mam biegać jako ostatnia, zapytałam się go, czy jest tego pewny. Jak widać, sprawdziło się. Bieg był mocny, po drodze nawet sobie pomyślałam, że chyba pobiłam rekord życiowy na 200 m. Potem powiedziałam sobie, że nie ma na co czekać - to jest Sopot, kibice oszaleli na trybunach i postanowiłam coś zrobić, żeby im sprawić trochę radości - przyznała.

Polkom zabrakło jedynie 0,53 s do rekordu kraju. - Wejdzie do naszego składu jeszcze Justyna Święty, to będzie na pewno spore wzmocnienie i jesteśmy w stanie pobiec szybciej niż najlepszy wynik w historii. Co to da? Zobaczymy - dodała Ptak.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje