Reklama

Reklama

HME. Czy powstaje nowy polski wunderteam?

To był wspaniały weekend dla wszystkich fanów lekkiej atletyki. Reprezentacja Polski kapitalnie spisała się podczas zakończonych w niedzielę Halowych Mistrzostwach Europy w Belgradzie. "Biało-czerwoni" zdobyli 13 krążków i wygrali klasyfikację medalową. - To kolejny dowód na to, że powstaje nowy polski wunderteam - mówi minister sportu Witold Bańka.

Bańka swoimi słowami nawiązał do złotych czasów polskiej lekkiej atletyki. Określenie to towarzyszyło naszym sportowcom w latach 50. i 60. Do jego czołowych przedstawicieli należeli m.in. złoty medalista z Rzymu Zdzisław Krzyszkowiak czy rekordziści świata w rzucie dyskiem Edmund Piątkowski i w trójskoku Józef Schmidt. 

To jednak już zamierzchła przeszłość. Teraz nadchodzi czas nowych idoli. - Mamy bardzo młodą kadrę. Sukces z Belgradu jest wręcz niewiarygodny, a przecież w hali nie startowali nasi przedstawiciele w dyscyplinach technicznych czyli rzucie młotem i dyskiem. Wunderteam? Może na takie określenie jest jeszcze za wcześnie, ale na pewno jesteśmy już teraz europejską potęgą - dodaje wiceprezes PZLA Sebastian Chmara.

Reklama

- Dobre czasy dla naszej lekkiej zaczęły się już wcześniej. Na mistrzostwach Europy w Zurychu w 2014 roku też przecież zdobyliśmy bardzo dużo medali - zauważa Adam Kszczot. On wtedy wywalczył na 800 metrów złoto. Teraz powtórzył to osiągnięcie. Kszczot to prawdziwy specjalista w hali na tym dystansie. Na swoim dystansie króluje od 2011 roku. Z krótką przerwą na poprzednie HME w Pradze, w których nie stratował z powodu kontuzji. Wtedy na najwyższym stopniu podium zastąpił go Marcin Lewandowski. Z Belgradu obaj przywieźli złote krążki. Kszczot na 800 m, a Lewandowski na 1500 m. - Wiedzieliśmy, że ciężko będzie nam razem zdobyć złoto na jednym dystansie, więc podzieliliśmy się dystansami - żartuje Kszczot.

W bigach na średnim dystansie jesteśmy bardzo mocni już od dłuższego czasu. Ale mało kto spodziewał się, że tak szybko doczekamy się godnego następcy Tomasza Majewskiego. W Belgradzie wszystkich na kolana powalił Konrad Bukowiecki. W stolicy Serbii pchnął kulę na niesamowitą odległość 21,97 m, bijąc należący do Majewskiego rekord Polski. - Przed konkursem wyobrażałem sobie samego siebie na najwyższym stopniu podium, ale w taki wynik jeszcze do tej pory nie mogę uwierzyć. To nie mieści się w mojej wyobraźni - twierdzi Bukowiecki, który jeszcze nie skończył 20 lat.

Na wielkie słowa uznania zasługuje także Sylwester Bednarek. W Serbii nie miał sobie równych, skacząc 2,32 m. - To był dla mnie szczególnie poruszający moment. Kiedy Sylwester zdobywał brąz na mistrzostwach w Berlinie w 2009 roku, wydawało się, że świat stoi u jego stóp. Później przyplątały się problemy ze zdrowiem, mało kto w jego wierzył, a on udowodnił, że warto walczyć o marzenia - dodaje Bańka.

- Ten medal jest dla mnie czymś niesamowitym. W Berlinie wszystko jakoś tak samo przyszło. Dość łatwo, bez dużego wysiłku. Krążek zdobyty w Serbii był dla mnie ogromną nagrodą za lata wyrzeczeń i wielkiej pracy. Przez ostatnie lata walczyłem nie tylko z rywalami, ale głównie ze swoim zdrowiem. Teraz nic mi nie dolega i chciałbym w Londynie do tego 2,32 dorzucić jeszcze parę centymetrów - mówi Bednarek.

Bo to właśnie Londyn będzie teraz głównym celem naszych lekkoatletów. W sierpniu odbędą się tam mistrzostwa świata.

Krzysztof Oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje