Reklama

Reklama

Grzegorz Sudoł: Z podwójną osiemnastką na karku ochoty do pracy nie brakuje

​- Niedługo będę miał podwójną osiemnastkę, ale z roku na rok poprawiam rekordy życiowe i jestem w ścisłej światowej czołówce. To mnie motywuje do dalszej pracy - powiedział w rozmowie z INTERIA.PL najlepszy polski chodziarz Grzegorz Sudoł, który ze swym trenerem Wacławem Mirkiem przebywa na zgrupowaniu w USA, w stanie Nowy Meksyk.

INTERIA.PL: Jakie masz plany na sezon 2014, gdzie najważniejsze starty?

Reklama

Grzegorz Sudoł, szósty chodziarz świata: - Główny startem sezonu są oczywiście mistrzostwa Europy w których pomaszeruję na 50 km początkiem sierpnia. Jest kilka innych celów, które wraz z trenerem Wacławem Mirkiem postawiliśmy sobie na ten sezon. Podium zawodów z cyklu Grand Prix IAAF, dobry start w mistrzostwach Polski na 20 km, poprawa rekordów życiowych na poszczególnych dystansach.

- Mam nadzieję, że przynajmniej większość z tych celów zrealizujemy przy wsparciu mojego głównego sponsora Actvie Jet (Action S.A). Przede wszystkim chodzi o to, by na koniec sezonu powiedzieć sobie, ze zrobiliśmy wszystko na co nas było stać.

Jesteś sportowcem nie pierwszej młodości, a jednak trenujesz w pocie czoła, co zatem stanowi dla Ciebie motywację?

- Tak, w tym roku będę miał podwójną osiemnastkę J. Motywacją na pewno jest zdobycie medalu olimpijskiego  w Rio. To cel nadrzędny, który towarzyszy mi każdego dnia i motywuje, gdy nie ma chęci wyjść na trening. Po drodze są mistrzostwa świata w Pekinie oraz tegoroczne mistrzostwa Europy.

- Chciałbym zejść również poniżej 3 godzin i 40 minut w chodzie na 50 km oraz poniżej 1:20 min na dystansie 20 km w perspektywie tych niespełna trzech lat. Cały czas poprawiam swoje rekordy życiowe i to jest dla mnie motywujące, oraz że nadal  jestem w ścisłej światowej czołówce.

- Nie zamierzam odcinać kuponów od tego, co osiągnąłem, bo mam na co dzień co robić i nie brakuje mi propozycji. Dlatego też,  gdy tylko będzie cień szansy na medal olimpijski, podporządkujemy z żoną życie pod sport,  by w Rio w 2016 roku nie mieć pretensji, że brakło niewiele, bo coś zawaliliśmy. Sport jednak to nie wszystko i gdyby zdrowie nie pozwalało to zakończę karierę.

Czy w PZLA coś się poprawiło? Sensację wzbudziła wiadomość, że o mały włos nie wysłano Cię na MŚ do Moskwy, gdzie byłeś szósty na świecie. Czy po Twoim przypadku zasady kwalifikacji  na duże imprezy stały się bardziej sprawiedliwe?

- Nie chodzi o sprawiedliwość -  chodzi o jasne i przejrzyste zasady. Przypadek ten dotyczył nie tylko mnie, ale też Rafała Sikory. On niestety nie pojechał do Moskwy. Poprzedni rok był wyjątkiem w mojej całej karierze, jeśli chodzi o zasady kwalifikacji, a raczej zamieszanie z nimi. Na szczęście w tym roku są one jasne i przejrzyste - zapisane i zatwierdzone przez zarząd PZLA.

- W roku ubiegłym też zarząd je zatwierdził,  niemniej jednak było wiele zamieszania, próby ustnych ustaleń szefa szkolenia, szefa wytrzymałości, koordynatora chodu, trenerów kadry....dużo, za dużo różnych wersji, a można było tylko stosować się do tych zatwierdzonych na początku, zapisanych oraz podanych do publicznej wiadomości na stronie PZLA i nie byłoby problemu.

- W tym roku zarówno ja, jak i Łukasz Nowak zostaliśmy zwolnieni  z robienia minimum na ME do Zurichu za miejsca w "ósemce" w Moskwie  i bardzo się cieszę z tego faktu. Niemniej jednak, stosując ranking czasowy też nie bałbym się o kwalifikację, gdyż zarówno mój, jak i Łukasza wynik jest na światowym wysokim poziomie i jeszcze dość znacząco odbiega od pozostałych polskich zawodników. Niemniej jednak sport rządzi się swoimi prawami, o czym przekonałem się nie raz, gdzie start miał być tylko formalnością dla mnie, a nie był. Z wielu przyczyn - kontuzja, pogoda, sędziowie - to tylko najważniejsze składowe rywalizacji.  Myślę jednak, że jeszcze można doprecyzować zasady, by pozostały niezmienne i obiektywne na wiele lat.

Co proponujesz?

-  Moja wersja jest znana. Po pierwsze, należy zamykać termin kwalifikacji zawsze na koniec marca, a nie maja danego roku, aby zawodnicy wiedzieli: - kto i do czego się przygotowuje oraz mogli zaplanować program przygotowań i aby ci, co startują w marcu mieli dłuższy czas na regenerację i przygotowania do imprezy docelowej. Po drugie, warto stosować ranking czasowy z dwóch lat -rok poprzedzający oraz początek roku, którego dotyczą kwalifikacje wliczając z marcem. I wreszcie po trzecie - powinno się zwalniać z kwalifikacji zawodników , którzy w danym roku byli na miejscach 1-8 w imprezie mistrzowskiej (IO, MŚ, ME).

- Takie zasady nie tylko byłyby przejrzyste, stałe, ale też każdemu zawodnikowi  dawałyby dwie-trzy szanse na uzyskanie wyniku do rankingu i kwalifikację. Ponadto pozwoliłyby, aby na PE czy PŚ jechali zawodnicy, którzy nie startują w głównej imprezie sezonu (chyba, że komuś taki start szkoleniowo potrzebny) i nie kalkulowaliby, czy warto dojść do mety czy nie.  Na tych zawodach walczyliby o wynik do rankingu czasowego na rok przyszły.

- Czasem tak jednak jest, że ilu trenerów tyle wersji i trudno dojść do konsensusu. Walczą o zasady pod swojego zawodnika którego prowadzi. Gdybym to ja był trenerem kadry szybko zrobiłbym porządek i z zasadami, i z nie najlepsza atmosferą, jaka panuje wśród chodziarzy. Czasem brakuje nam w chodzie spójności, zgodności, co niestety wykorzystują i rywale, i związek.  A chód jest mocny, tylko uważam, ze niestety - jak dla mnie - źle prowadzony.

Jak znosisz rozłąkę z domem, rodziną na zagranicznym zgrupowaniu?

- Nie jest to łatwe, a nawet coraz trudniejsze - spędzanie prawie 150 dni w roku poza domem z racji startów i przygotowań.  Teraz tym bardziej, że moja żona jest z drugim dzieckiem w ciąży, a termin porodu jest bardzo bliski. Dużo rozmawialiśmy na ten temat, ale wie, że bez takich zgrupowań nie ma szans na dobry wynik w sezonie. Trening na wysokości,  czy w dobrych warunkach (po suchym, a przynajmniej czarnym, niezaśnieżonym asfalcie) zimą jest bezcenny dla techniki oraz możliwości treningowych. Zima w Polsce była łagodna do połowy stycznia - przynajmniej w Krakowie, ale planując to wszystko nie wiesz jak będzie. 

- Miesięczny pobyt zakończony startem w Meksyku na wysokości jest wyzwaniem dla mojej rodziny, ale w tak daleki góry nie warto wyjeżdżać na krócej niż 21 dni.  Na szczęście moja żona Magdalena kiedyś trenowała, wie jaka jest droga na szczyt, wspiera mnie bardzo mocno w tym, co robię.  Pomagają nam rodzice, którzy niestety mieszkają dość daleko, a w szczególności moja teściowa, która podczas moich wyjazdów przyjeżdża i wspiera Madzię.

Jak wygląda Twój zwykły dzień w Albuquerque?

- Śniadanie, trening, obiad, odpoczynek (sen) trening, kolacja, czas wolny. 3-5 godzin dziennie spędzam na treningu (dojazd + trening). Monitoring techniki, to też zajmuje chwilę. Na treningu jest przede wszystkim chodzenie, ale zdarza się pobiegać. Do tego oczywiście trening siłowy, sprawność ogólna i odnowa, jako nieodzowne elementy składowe. Czas wolny poświęcam na odpoczynek i pisanie pracy doktorskiej, którą chciałbym złożyć do końca marca.

Zdążyłeś zwiedzić coś ciekawego w Nowym Meksyku?

- Zgrupowania klimatyczne to nie wycieczki turystyczne, dlatego czas na zwiedzanie jest minimalny. Przeczytałem, iż kilka filmów było kręconych nad rzeką Rio Grande, wzdłuż której trenujemy. W całym cyklu mamy zaplanowane 4-5 popołudnia wolne i jeden cały dzień - 20 dni treningu. Popołudnia są czasem po długim ciężkim treningu, to z reguły wypoczywam śpiąc. W wolny dzień pojedziemy albo w góry albo do centrum. Zdarza się, iż przy okazji zakupu wody na trening czy zatankowania samochodu wskoczymy do sklepu z ciucham. Z racji, że są z nami dwie zawodniczki , to musimy ustalić godzinę spotkania. Wiadomo jak z zakupami u pań... :-)

- Ostatni tydzień to wypoczynek przed zawodami i mniejsze obciążenia - czyli więcej wolnego czasu. Dla zabicia go może coś wymyślimy i będzie to demokratyczna decyzja nas wszystkich.

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Grzegorz Sudoł | Wacław Mirek | Meksyk | AWF Kraków

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje