Fatalny splot zdarzeń u Piotra Liska. Już zapowiedział korekty. "Nie jestem chwytny"
Niedzielny mityng w Karlsruhe miał najwyższą kategorię w hierarchii World Athletics - Indoor Tour Gold. A jednocześnie, spośród trzech wczorajszych, najskromniejszą polską obsadę. Można było liczyć na to, że Piotr Lisek wreszcie się przełamie i znów zacznie skakać na poziomie 5.70 m. Tyle że rekordzista Polski nie dostał takiej szansy po groźnej "przygodzie" w pierwszej próbie na 5.60 m. Nasz zawodnik już skomentował to zajście. Jak się okazuje, będzie musiał dokonać zmian w swoich planach startowych. A to nie wszystko.

Karlsruhe, Metz, Dortmund - na te trzy miasta skierowana była uwaga lekkoatletycznych kibiców w niedzielne popołudnie. A było na co patrzeć: kolejny znakomity występ Pii Skrzyszowskiej i jej pojedynek z Ditaji Kambundji, pierwszy występ w sezonie płotkarki Grace Stark, debiut Femke Bol na 800 metrów, najlepszy czas na świecie Georgia Hunter-Bell na 1500 m w biegu prowadzonym przez Julię Jaguścik, cudowna rywalizacja Mattii Furlaniego z Bożidarem Sarabojukowem w skoku w dal, gdy obaj kończyli z "World Lead" na poziomie 8.39 m. I wiele innych wydarzeń.
Gdzieś trochę z boku został skok o tyczce, a przecież "złoty" mityng w Karlsruhe zgromadził kilka znakomitych nazwisk. Choć bez "sześciometrowców: Armanda Duplantisa i Emanuila Karalisa. Grek w sobotę wystąpił w Atenach, zaliczył przed swoją publicznością 6.00 m, później atakował 6.10 m. Na Mondo musimy zaś poczekać jeszcze kilkanaście dni.
I czekać też będzie trzeba na kolejne występy rekordzisty Polski Piotr Liska.
Piotr Lisek skomentował swój groźnie wyglądający wypadek. Zapowiedział zmianę planó startowych
O Lisku szczególnie głośno było pod koniec poprzedniego roku, bo lekkoatletykę zamienił na walki w klatach. I choć dokonał tego w "martwym" sezonie, okresie przygotowawczym, musiał pogodzić się ze wstrzymaniem finansów na jakieś czas na szkolenie, taką decyzję podjął PZLA.

Od stycznia zawodnik rodem z Dusznik mógł już jednak normalnie przygotowywać się do sezonu halowego. Zaczął go w Orlen Cup w Łodzi, tam pokonał 5.40 m. Trzy dni później w Chociebużu było zaliczone 5.50 m, ale na 5.60 m trzy razy już poprzeczkę strącił. Teraz wrócił po półtoratygodniowej przerwie - w Karlsruhe oddał tylko trzy skoki. Dwa na 5.45 m, trzeci na 5.60 m. Choć ten ostatni został uznany za "nieodbyty".
Polak bowiem podjął próbę, ale gdy już leciał w górę, był może trzy metry nad ziemią, pękła tyczka. Lisek spadł na szczęście na matę, ale sprzęt uszkodził mu palec w lewej ręce. Wszystko to widać na filmie, który właśnie zaprezentował w swoich mediach społecznościowych.
I tak miał szczęście, że spadł na matę, a nie na zeskok. Niemniej po konsultacjach z lekarzem zdecydował się na rezygnację z dalszego udziału w zawodach.
Tyczki się łamią... jakby wpisane w zawód! Liska już nie tak łatwo złamać
- napisał rekordzista Polski na swoim profilu na Instagramie. I dodał, że wpływ na decyzję o zakończeniu rywalizacji miała właśnie zbita ręka, ale też... brak tyczki. Bo ta o odpowiedniej twardości się złamała. "Trochę szkoda bo apetyt był... Plan startów też się nieco zmienia bo na razie nie jestem "chwytny" - zaznaczył, co może sugerować krótką przerwę w startach.
"To nic w porównaniu do tego jak mocno ostatnio życie próbuje mnie dojechać, nie ma miękkiej gry, wstajemy otrzepujemy się i do przodu. Do zobaczenia na wysokości! - zakończył Lisek.
Skok o tyczce mężczyzn jest w tegorocznej edycji halowych zmagań zaliczany do World Tour Series, jako jedna z sześciu konkurencji.











