Reklama

Reklama

Fajdek: Zrealizowałem najcudowniejszy scenariusz

"To, co zrobiłem, to jest najcudowniejszy z możliwych scenariuszy. Pierwszy rzut, bardzo daleki i po prostu ustawiony konkurs do samego końca, a rywale na łopatkach" - mówi w rozmowie z RMF FM mistrz świata w rzucie młotem Paweł Fajdek. "Na pewno stać mnie na to, by jeszcze coś dorzucić" - dodaje.

Przemysław Marzec, RMF FM: Gratuluję. Pan się już przespał z tym medalem?

Paweł Fajdek, mistrz świata w rzucie młotem: Z medalem jeszcze nie. Medal jest dopiero do odbioru dzisiaj na stadionie. Spałem dosyć krótko, jakieś 4 godzinki. Ciężko było zasnąć na początku. Już od samego rana odbierałem kolejne telefony.

Czyli nie świętował pan tej nocy?

- Nie było nawet kiedy. Bardzo późno wróciłem do hotelu, jeszcze później kolacja i tak dalej... Zanim skontaktowałem się z rodziną, poodpisywałem, to już była praktycznie 4 rano.

Reklama

Ale emocje opadły? Bo pan jest bardzo spokojny.

- Ale jaki mam być? Tak to trzeba przyjmować, na spokojnie. Podejrzewam, że jak dostanę medal do ręki, jak będę czuł, że już mam go, że nikt mi nie zabierze, to będę jeszcze szczęśliwszy. Na razie oczekuję. Mistrzostwo świata mistrzostwem świata, a za 2 lata trzeba znowu walczyć.

Wie pan, jak w Polsce piszą o panu? Sensacja, po prostu sensacja.

- No tak. Może nie tyle sensacja, że wygrałem, tylko to, w jakim stylu. To, co zrobiłem, to jest najcudowniejszy z możliwych scenariuszy. Pierwszy rzut, bardzo daleki i po prostu ustawiony konkurs do samego końca, a rywale na łopatkach.

Wiedział pan, że tak będzie? Kiedy kręcił pan młotem to pan już wiedział, że to będzie taki rzut?

- Od połowy rzutu już wiedziałem, że będzie daleko. Liczyłem na 80 metrów.

Podobno przed przyjazdem do Moskwy pan się motywował: "Muszę mieć medal". Tak było?

- Przez ostatnie dwa tygodnie wyglądało to tak, że wstawałem codziennie rano i kilkukrotnie powtarzałem sobie, że muszę wygrać te mistrzostwa świata, że muszę tu zdobyć medal, że w końcu muszę pokazać, że coś znaczę w tym sporcie i że Londyn był przypadkiem. Udało mi się. Byłem bardzo dobrze przygotowany. Szykowaliśmy formę na Moskwę. Mega koncentracja i zaangażowanie pozwoliły uzyskać taki wynik w tych zawodach. Stać mnie na pewno na to, żeby jeszcze coś dorzucić. Nie wiem, czy w tym sezonie. Zobaczymy, jak to się ułoży dalej. Teraz będzie dosyć ciężko, ale mam nadzieję, że w następnych latach też się uda.

Kto panu pierwszy pogratulował? Rywale?

- Tak. Po oddaniu rzutu, kiedy wyszedłem, wszyscy zobaczyli wynik - mega zdziwienie i od razu pierwsze gratulacje. Kilkoro zawodników, pomimo walki pogratulowało i powiedziało "no jesteś mistrzem" i tak już zostało do końca.

Koledzy z redakcji sportowej prosili mnie, żeby zapytać pana o treningi i system przygotowania w Polsce. Podobno było kiedyś tak, że pan śmiesznego stypendium nawet nie dostał, żeby móc trenować.

- Tak. Zdarza się. Jak byłem w wieku juniora czy troszkę młodszy, to te stypendia nie były jakoś magicznie wielkie. Dostawałem przez pierwsze dwa lata sześćdziesiąt złotych miesięcznie. Całe wsparcie finansowe było po prostu od rodziców, którzy sponsorowali moje pierwsze wydatki na sprzęt sportowy czy też pokrywali częściowo koszty obozu. Do tego pani Jolanta - pierwsza trenerka, która za swoje pieniądze dojeżdżała na treningi i na zawody z nami jeździła po całej Polsce. Też dokładała do tego interesu... Poświęcenie większej grupy osób przyniosło sukces. Jestem naprawdę bardzo wdzięczny za to.

Co Pan planuje teraz po powrocie do Polski? Długi urlop, wakacje?

- Pojadę dosłownie na jeden dzień do domu zobaczyć się z najbliższymi i wracam do Poznania, bo trzeba dalej trenować. Mam jeszcze drugą część sezonu, ostatnie kilka startów i muszę powalczyć jeszcze w challenge’u w klasyfikacji generalnej, żeby awansować na czołowe miejsca, a może nawet wygrać. Wypadałoby pokusić się o to zwycięstwo. Będzie niezmiernie trudno, ponieważ Krisztián Pars ma bardzo dalekie wyniki w challenge’u, a ja go troszeczkę gonię. Mam nadzieję, że uda nam się powalczyć w dwóch ostatnich startach.

Pan ma nadzieję, że, może nie w tym sezonie, ale w następnym, rzuci dalej niż osiemdziesiąt dwa metry?

- Osiemdziesiąt dwa na pewno. Jak widać, niewiele mi brakuje. Z treningów wynika to, że stać mnie na te rzuty. To jest kwestia ułożenia i opanowania techniki. Teraz na pewno będę spokojniejszy na zawodach, bo osiągnąłem sukces. Już coś znaczę. Teraz wszyscy będą patrzeć, żeby mnie gdzieś doścignąć, dogonić. Prowadzę na listach. Bardzo dużo szczęścia przyniósł mi wczorajszy konkurs.

Rozmawiał: Przemysław Marzec

Kliknij i posłuchaj rozmowy z Pawłem Fajdkiem na RMF24.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama