Reklama

Reklama

Fajdek: Po moim pierwszym ciosie rywale padli na kolana

"Po moim pierwszym ciosie rywale padli na kolana i nie potrafili się podnieść" - powiedział po powrocie do kraju mistrz świata w rzucie młotem Paweł Fajdek. Wraz z nim z Moskwy przyleciał też m.in. drugi polski medalista - srebrny dyskobol Piotr Małachowski.

Fajdek na warszawskim lotnisku Okęcie wspominał poniedziałkowy konkurs w Moskwie, w którym już pierwszą próbą - 81,97 m, co jest najlepszym wynikiem w tym roku na świecie - zapewnił sobie złoty medal.

Reklama

"Tego dnia wszystko zagrało, wszystko wyszło tak, jak sobie zakładałem, pasowało do siebie. Głowa też pomogła, mocno przygotowywałem się do tego konkursu również pod tym względem" - powiedział 24-letni mistrz globu dziennikarzom.

Jak dodał, wiele emocji dostarczyła mu także wtorkowa ceremonia, podczas której odebrał krążek z najcenniejszego kruszcu.

"Cały się trząsłem i myślałem, że zaraz spadnę. W ogóle ciężko było wejść na podium, bo dosyć wysoko zrobili to pierwsze miejsce. Ale też łatwo zawodów wygrać nie było, więc można powiedzieć, że było to na podobnym poziomie" - ocenił.

Fajdek przyznał, że choć medal wywalczył dwa dni temu, to wciąż nie miał jeszcze czasu na świętowanie największego sukcesu w karierze.

"Przez ostatnie dwie noce spałem łącznie osiem, dziewięć godzin. Non stop jest robota, jakieś gadanie, wywiady, spotkania. Czy jest tego za dużo? Nie mam zdania, bo po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji. Na pewno trzeba się pokazać. Kultura też tego wymaga, że jeśli ktoś zaprasza, to w miarę możliwości trzeba się spotkać" - skwitował.

Na razie nie planuje także uczcić złotego medalu nowym kolczykiem, ani w inny tym podobny sposób. "Spokojnie, sezon jeszcze trwa, przede mną jeszcze kilka startów. Na razie o tym nie myślałem" - dodał.

Mistrz świata podziękował wszystkim, którzy przyczynili się do tego sukcesu i wspierali go, gratulowali.

"Nie wiem, które gratulacje były najmilsze. Nie chciałbym nikogo wyróżniać. Wszystkim jednakowo mocno dziękuję za wsparcie" - podkreślił.

24-letni zawodnik klubu Agros Zamość nie wdaje się w polemikę, gdy ktoś mówi o nim, że ma trudny charakter. Zaznacza jednak, że pomaga mu to w karierze sportowca.

"Tacy ludzie są na tyle świadomi siebie, że wiedzą, o co walczą. Jestem zawodnikiem, który sam potrafi się dobrze zmotywować. Ten trudny charakter pozwala mi walczyć ze sobą na treningach, zwłaszcza wtedy, kiedy się nie chce. Znajomi np. w wakacje jadą nad wodę, a ja muszę iść na zajęcia. Męczyć się przy upale sięgającym 35 stopni zamiast siedzieć w cieniu z przyjaciółmi, jest to średnio przyjemne" - argumentował.

Fajdek zastrzegł, że nie czuje się następcą Szymona Ziółkowskiego, 37-letniego mistrza olimpijskiego z Sydney (2000).

"Dopóki Szymon walczy i jest na rzutni, to jest moim kolegą i rywalem. Jeśli skończy karierę, to wtedy będzie mowa o następcy" - dodał.

Trener mistrza Czesław Cybulski w poniedziałek zapowiedział, że jego podopiecznego stać na wyniki rzędu 82-83 metry.

"Na pewno mogę rzucić ponad 80 metrów, jeśli tylko poprawię technikę. A czy będzie to 83 metry, to zależy już od danego dnia" - ocenił.

Fajdek przyznał, że medal najpierw zjeździ z nim cały kraj, a następnie zajmie miejsce na komodzie w salonie rodzinnego domu, gdzie znajdują się także jego pozostałe krążki.

Kolekcjonerką medali Małachowskiego jest jego mama. Niedługo zaś będą one miały nowe zastosowanie, bowiem zawodnik WKS Śląsk Wrocław wkrótce zostanie ojcem. "Syn będzie miał fajne zabawki" - powiedział dyskobol.

Małachowski startował we wtorek i o 75 cm przegrał z broniącym tytułu Niemcem Robertem Hartingiem. W najlepszej próbie uzyskał 68,36 m.

"Nie boję się, że będę wiecznie drugi. Tak się akurat składa, że w ostatnich latach rywalizacja o zwycięstwo toczy się głównie między mną i Robertem. Póki co, on lepiej na tym wychodzi i muszę poczekać kolejne dwa lata" - zaznaczył.

Jak przyznał, złość spowodowana brakiem tytułu mistrza świata, która już mu przeszła, była dobrym objawem.

"Gdybym był od razu zadowolony ze srebra, to wyglądałoby tak, jakbym pojechał tam już jako przegrany. Każdy jedzie po złoto, ale nie zawsze udaje się je zdobyć. Zepsułem w Moskwie trzy pierwsze próby i jest to moja osobista porażka" - ocenił.

Jak przyznał, podczas pobytu w Rosji stęsknił się za polskim jedzeniem. "Jestem naprawdę głodny, bo za bardzo nas tam nie rozpieszczali. Nie było czasu na chodzenie i próbowanie miejscowej kuchni, a stołówka dla sportowców nie była za specjalna" - dodał.

Zawody w Moskwie potrwają do niedzieli. Przed "Biało-czerwonymi" jeszcze kilka szans na medale, m.in. startować jeszcze będą dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski oraz wicemistrzyni igrzysk w Londynie w rzucie młotem Anita Włodarczyk, która w środę była najlepsza w eliminacjach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje