Reklama

Reklama

Droga Elaine Thomson-Herah do trzech złotych medali na igrzyskach w Tokio

Jamajska lekkoatletka pokazała na igrzyskach olimpijskich w Tokio, że jest w wyśmienitej formie. Jak to zazwyczaj bywa, medale są jednak wycinkiem całej drogi, która do nich prowadzi. Okazuje się, że ta dla Thomson-Herah nie była usłana różami.

Elaine Thomson-Herah to niezwykle utytułowana biegaczka. W Tokio ponowie udowodniła, że jest naprawdę szybko. Z igrzysk przywiozła trzy medale. Tym razem wszystkie złotego koloru.

Jamajska lekkoatletka zwyciężyła bieg na 100 i 200 metrów. Do swojej olimpijskiej kolekcji dorzuciła też mistrzowski tytuł w sztafecie 4x400 metrów. Teraz opowiada o drodze, która nie była wcale taka łatwa.

Okazuje się, że potrójna mistrzyni olimpijska z Tokio przez pięć ostatnich lat mierzyła się z powracającą wciąż kontuzją ścięgna Achillesa. Sportsmenka obawiała się, że przez ból, który czasami nie należał do lekkich, nie da rady wystartować, nie mówiąc już o obronie tytułu na sprinterskich dystansach.

Reklama

W przygotowaniach do igrzysk odzywał się też wewnętrzny głos w głowie o potrzebie naprawy też bardziej mentalnej niż fizycznej sfery jej życia. Jaki sposób na wyjście z problemów znalazła Jamajka?

Thomson-Herah szukała duchowej pomocy przed igrzyskami

Presja bycia sportowcem ze światowej czołówki jest naprawdę duża. Rzadko kiedy akceptowane są potknięcia. Od mistrza oczekuje się ciągłych zwycięstw. To jednak taki sam człowiek jak każdy inny. Nic dziwnego, że przed ważnymi zawodami, sportowcy szukają odciążenia i na różne sposoby starają się radzić sobie z presją.

"Mój umysł nie był we właściwym miejscu. Musiałam zmienić wewnętrzny głos w swojej głowie" - powiedziała lekkoatletka w rozmowie z BBC.

Thomson-Herah postawiła akurat na poranne modlitwy oraz czytanie Biblii. To był jej sposób na poradzenie sobie z wyczuwalnym problemem. Po każdym wykonanym treningu czytała z kolei teksty, które sama wcześniej zapisała.

"Pobiegnę 10,5. Pobiegnę 21,5. Potrafię to zrobić. Jestem zwycięzcą [...] Dzisiaj jest mój dzień. Jestem najlepsza. Jestem mistrzem" - czytamy słowa biegaczki.

Po odczytaniu takich słów, według niej podobno łatwiej jest w nie uwierzyć.

Stres przed olimpijskim finałem

Nawet największe gwiazdy spotu muszą liczyć się z tym, że stres jest nieodłącznym elementem rywalizacji. Najważniejsze, aby ten motywował, a nie paraliżował przed wykonaniem zadania.

"Byłam bardzo zdenerwowana, bardziej niż normalnie. Czułam się, jakbym miał eksplodować. Nie mogłam się doczekać, aby dostać się do moich bloków i po prostu biec. Najpierw wyłączyli jednak światła na stadionie i zaczęli przedstawiać wszystkich finalistów. Zapowiedzieli tor drugi, a potem trzeci, ale następnie, zamiast przedstawić mnie na czwartym, pominęli mnie i przeskoczyli na dziewiąty. W końcu zostawili mnie na koniec" - opowiedziała w rozmowie z BBC Thomson-Herah, wspominając ostatnie chwile przed olimpijskim finałem na 100 m.

Biegaczka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że niczego nie da się już zmienić. Zmienić chciałaby jednak końcówkę zwycięskiego biegu.

Chodzi o świętowanie jeszcze przed osiągnięciem mety. Dzisiaj Thomson-Herah zamiast gestu radości, wolałaby powalczyć o wynik do końca.

"To jest rzecz, którą mogłabym naprawić - start był świetny, przejście było świetne, tylko te ostatnie 10 metrów" - przyznała szczerze Jamajka.

Wiara we własne możliwości

Sukcesy biegaczki są dzisiaj powodem do wielkiej dumy. Na swoim koncie 29-latka ma aż sześć medali olimpijskich, w tym pięć złotych.

"Nie wygrywałam dużo, kiedy byłam młodsza, nie jeździłam na międzynarodowe zawody, ale trzymałam się tego sportu, ponieważ czuję do niego miłość. Miłość zabiera mnie wyżej. Nie byłam mistrzynią w liceum, inne dziewczyny były ode mnie szybsze. Ale rywalizuję, ciężko pracuję i jestem zmotywowana ze względu na to, skąd pochodzę" - przyznała jeszcze Elaine Thomson-Herah.

AB



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje