Ciemna strona sportu w Polsce? Sprawa została zgłoszona odpowiednim organom
W środowisku lekkoatletycznym głośno jest ostatnio o kenijskich zawodnikach grupy Benedek-Team, zarządzanej przez węgierskiego menedżera. Lekkoatleci potrafią startować w odległych od siebie miejscach w Polsce w ciągu zaledwie kilku godzin. Temat nagłośnił Michał Walczewski z portalu MaratonyPolskie.PL, który postanowił przyjrzeć się występom biegaczy z Afryki na polskiej ziemi. Sprawa została zgłoszona kilku organom w naszym kraju, które zapowiedziały, że przyjrzą się sytuacji.

W polskich mediach społecznościowych w wielu miejscach można przeczytać o kenijskich biegaczach, którzy seryjnie sięgają po nagrody w różnych imprezach biegowych organizowanych w naszym kraju. Często ci sami lekkoatleci startują w zawodach w odstępie ledwie kilku godzin.
Właśnie ataki na lekkoatletów Benedek-Team prowadzonej przez Węgra Zsolta Benedeka były przyczynkiem do rozmowy Jakuba Jelonka, czołowego przed laty polskiego chodziarza, a obecnie pisarza i dziennikarza, z tym menedżerem - wspomniana rozmowa pojawiła się na łamach Bieganie.pl.
9.67 s, drugi czas w historii 100 metrów. I rekord Europy. Gdyby nie mały detal
Starty grupy Kenijczyków w Polsce zaczęły budzić kontrowersje
W Polsce co roku organizuje się mnóstwo biegów. Pewnie kilka tysięcy, ale takich, które są profesjonalnie robione z nagrodami finansowymi, jest kilkaset. Nie dziwi zatem fakt, że wielu biegaczy na takie właśnie zawody się nastawia, bo poza dobrą zabawą, jest jeszcze szansa na to, żeby zarobić. Od lat w Polsce w imprezach biegowych zarabiają Kenijczycy. Pierwsi pojawili się w połowie lat 90. i wówczas ich obecność oznaczała podniesienie prestiżu zawodów biegowych.
Z czasem stawki za sprowadzenie Kenijczyków na start stawały się coraz niższe, a na starcie zaczęli się pojawiać coraz słabsi zawodnicy, którzy i tak są za mocni dla wielu Polaków. W ostatnich latach prym w wystawianiu zawodników z Afryki w biegach w naszym kraju zaczął przejmować Zsolt Benedek. Kiedyś biegacz, a dzisiaj menedżer, stworzył bazę w Debreczynie i stamtąd przywozi Kenijczyków na start w Polsce. Zazwyczaj mają oni, by podróż była jak najtańsza, zaplanowanych kilka występów w krótkim odstępie czasu.
Co ciekawe zaczęli jeździć nawet na zawody, w których nagrodą było nawet kilkaset złotych. Z czasem Kenijczycy zaczęli startować w dwóch biegach w weekend. I to nawet stało się standardem. Zdarza się jednak też, że biorą udział w trzech, a nawet czterech imprezach. Napisałem nawet na ten temat kilka artykułów
"To brzmi jak forma niewolnictwa. To wypełnia znamiona handlu ludźmi"
W ostatnim czasie na tym portalu pojawiły się cztery materiały: "O tym jak węgierska Kenia kosi siano", "Nagrody finansowe w biegach tworzą patologię?", "Trzy starty w 33 godziny. Węgierska patologia kwitnie..." oraz "Czym jest niewolnictwo finansowe na biegach?".
Tymi pierwszymi tekstami autor wywołał burzę. To właśnie po nich pojawiła się rozmowa Jelonka z Benedekiem na Bieganie.pl. Węgier opowiedział, jak działa jego team i odniósł się też do ataków.
"Chciałbym tutaj powiedzieć osobom krytykującym nasze starty, że Polska leży w Europie, jest w Unii Europejskiej i panuje tu swoboda zatrudnienia i przemieszczania się. Nie należy dyskryminować, a nawet wykluczać osoby z uprawiania sportu, czego naprawdę wielu pragnie" - mówił Benedek.
"Projekt finansowo wygląda tak, że ja zaciągam kredyt i opłacam z góry wizę sportowca oraz jego transfery jeszcze w Kenii, a także ubezpieczenie i bilet lotniczy, co może wynieść nawet od 800 do 1500 euro na sportowca, a następnie zakwaterowanie na Węgrzech, wyżywienie, prąd, wodę, gaz itp. W ten sposób każdy sportowiec zaczyna z kwotą minus 2000-2200 euro, a jeśli ją wygra na biegach, wtedy zaczyna zarabiać na siebie. Po każdym weekendzie robię kalkulację i zatrzymuję dla siebie 15% dochodu netto sportowca (czyli dochodu po odliczeniu kosztów) jako moje wynagrodzenie za pracę, a reszta pieniędzy należy do sportowca. Nie jest więc tak, że moja prowizja wynosi 30% czy 90%, jak czytam w polskich mediach społecznościowych!" - kontynuował Węgier.
To jest niesamowite, że zaraz po przyjeździe do Europy Kenijczycy na starcie są już winni pieniądze swojemu menedżerowi. Muszą zatem zarobić, by odpracować dług, a dopiero to, co zgarną powyżej długu, trafia do nich i to jeszcze po odtrąceniu prowizji. Przecież to brzmi jak forma niewolnictwa. To wypełnia znamiona handlu ludźmi. Tak usłyszałem od ludzi w ministerstwie
"Zawodnicy muszą startować w wielu biegach, aby ten projekt był opłacalny! Celowo wybieram takich sportowców, którzy są w stanie wytrzymać częste podróże, liczne starty i związane z tym trudy. To osobna kategoria biegaczy. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale niestety tak właśnie jest. Zresztą problemem nie jest duża liczba biegów, bo przy odpowiedniej pracy merytorycznej można to wbudować w program treningowy. Kłopotliwe mogą być długie podróże i wynikające z nich problemy z regeneracją. Wracając do biegania w sobotę, a potem w niedzielę. Dotyczy to biegów szczególnie w Polsce. Z tego powodu spotykamy się z wieloma atakami. Ale ma to czysto finansowe przyczyny. Zazwyczaj w sobotę startujemy w mniejszych biegach, a w niedzielę odbywają się większe imprezy biegowe. Przykład: Jeśli wyjeżdżamy z Debreczyna do Gdyni, to w obie strony daje to ponad 2000 km. Przy dzisiejszych wysokich cenach benzyny to bardzo duża kwota. Do tego musimy zapłacić za 2-3 noclegi, wyżywienie, w wielu przypadkach za numer startowy i oczywiście za dietę kierowców, a nie wspomniałem jeszcze o cenie samochodu, amortyzacji i serwisowaniu. To ogromne koszty, które zazwyczaj ponosimy w sobotę, dzięki czemu w niedzielę zaczynamy od zera i możemy wyjść na plus. Gdybyśmy nie startowali w mniejszych sobotnich biegach, to duża część niedzielnej wygranej poszłaby na pokrycie kosztów, a zawodnikom prawie nic by nie zostało. Wiem, że z punktu widzenia sportu nie jest to właściwe, ale nie ma innego rozwiązania, gdy drużyna jedzie do Polski" - tak Benedek tłumaczył liczne starty Kenijczyków i do tego w niewielkim odstępie czasowym.
- Z tej rozmowy jasno wynika, że Kenijczycy są całkowicie od niego uzależnieni. Najpierw muszą oni pokryć wszystkie koszty jego przedsięwzięcia biznesowego, a dopiero wtedy on podzieli z nimi tym, co zarobią, choć i tak nikt nie ma nad tym żadnego nadzoru. Jakby tego było mało, jego zawodnicy nie mają swoich kont bankowych. Trzyma zatem łapę na ich pieniądzach. Wszelkie nagrody finansowe wygrane przez Kenijczyków są przelewane przez organizatorów biegów bezpośrednio na konto menedżera, bo taką on wydaje dyspozycję w biurze zawodów podczas zgłaszania ich do biegu. W ten sposób Kenijczycy nie mają absolutnie żadnej kontroli nad swoimi pieniędzmi. Do tego jeszcze dochodzi eksploatacja człowieka, bo oni często bez noclegu biorą udział w kolejnych zawodach. To wypełnia znamiona pracy niewolniczej. Oczywiście każdy może wystąpić w biegu i to jest normalne, ale tutaj mamy do czynienia z systemowym działaniem, z którego Węgier zrobił biznes, czego zresztą nie kryje w rozmowie - mówił nasz rozmówca z MaratonyPolskie.PL.
Sprawa została zgłoszona kilku organom w Polsce
Warto w tym miejscu przytoczyć sytuację z 6 i 7 czerwca tego roku. Nocny Półmaraton we Wrocławiu rozpoczął się o godzinie 22. Ceremonia dekoracji zakończyła się o północy. Dziewięć godzin później grupa kenijskich biegaczy już wystartowała w Biegu Pszczyńskim. Oba miejsca dzieło 265 kilometrów. Jak się okazuje, w inne weekendy - jak wykazał redaktor naczelny MaratonyPolskie.PL - sytuacja wyglądała podobnie.
- Sprawa Kenijczyków została zgłoszona do Państwowej Inspekcji Pracy do Departamentu Legalności Zatrudnienia, by ten zbadał, czy Kenijczycy pracują zawodowo i powinni mieć zgodę na pracę, czy po prostu są poza jakimkolwiek systemem. W trakcie jest jeszcze zgłoszenie do Straży Granicznej, która ma największe kompetencje do tego, by sprawdzić to, na jakich wizach Kenijczycy przebywają w Polsce i czy w ogóle mają jakiekolwiek umowy prawne z tym menedżerem. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji jest też dział zajmujący się ochroną przed handlem ludźmi i też jestem w kontakcie z nim - dodał.
Walczewski zaznaczył, że ta sytuacja nie dotyczy wszystkich, którzy pracują z kenijskimi biegaczami.
- Są w Polsce menedżerowie, którzy dbają o tych lekkoatletów, jak należy. Traktują ich, jak człowieka - opłacają im hotel i bilety lotnicze. Taki zawodnik na jeden bieg przyjeżdża na kilka dni do Polski. Ma pewną wypłatę za sam start. To są jednak zazwyczaj biegacze z nazwiskami. I to wszystko są normalne i legalne zasady zatrudnienia - zakończył redaktor naczelny MaratonyPolskie.PL.
Zobacz również:













