Reklama

Reklama

Chłop tłumaczył babie, teraz baba chłopu. Trenerka mistrza: jest mi łatwiej

Joanna Fiodorow trzy lata temu w Dosze zdobyła jeden z sześciu polskich medali w lekkoatletycznych mistrzostwach świata - była druga w rzucie młotem. Teraz trofeum już nie obroni, choć... będzie na stadionie w Eugene. - Czuję się z tym dobrze, bo mój zawodnik będzie bronił mojego honoru - mówi "Fiedzia", obecnie już trenerka mistrza olimpijskiego z Tokio Wojciecha Nowickiego.

Jeszcze w zeszłym roku Joanna Fiodorow i Wojciech Nowicki często latali razem na zgrupowania, ale w roli zawodników. Po igrzyskach w Tokio sytuacja się zmieniła - nasza wicemistrzyni świata zakończyła karierę, a Nowicki, opromieniony tytułem mistrza olimpijskiego, chce w końcu zdobyć pierwsze w karierze mistrzostwo świata. I to z Joanną Fiodorow u boku - w roli trenerki.

Andrzej Grupa, Interia: Rok temu na mistrzostwach Polski w Poznaniu, po zdobyciu brązowego medalu, powiedziała pani tak: "Chciałabym podziękować Wojtkowi Nowickiemu, bo wziął mnie w obroty na trzech treningach i jak chłop babie wytłumaczył, co robiłam źle. No i jest lepiej".

Reklama

Joanna Fiodorow, trenerka Wojciecha Nowickiego: - Bo taka prawda była, zupełnie się wtedy pogubiłam!

Tak, to wiem. Ale chciałem zapytać, jak to jest, gdy teraz baba chłopu coś tłumaczy?

- A normalnie, baba po prostu chłopu coś mówi, ale ja się teraz zajmuję już wyłącznie treningiem. Nie muszę siebie już trenować, trenuję tylko zawodnika. Jest mi zdecydowanie łatwiej coś wytłumaczyć niż przetransferować to do siebie.

Bywa ostro na tych treningach?

- Czasami tak, ale to normalne. Jesteśmy prawie jak w małżeństwie, bo więcej czasu spędzamy ze sobą niż z własnymi rodzinami. Zdarzają się i mocne wymiany zdań, ale jest to potrzebne. Czasem trzeba po prostu, aby pójść do przodu, pewne sprawy rozładować.

Mówi się, że Paweł Fajdek to ogień, a Wojciech Nowicki - taka spokojna woda...

- Tak, tak, cicha woda brzegi rwie!

Fiodorow: zasady są te same. Mam tylko coś więcej do powiedzenia

Jak się pani czuje, lecąc do Stanów na mistrzostwa świata, a nie mogąc już obronić srebrnego medalu z Dohy? Tylko pani i Marcin Lewandowski nie macie tej szansy, no jeszcze Patrycja Wyciszkiewicz w sztafecie.

- Czuję się bardzo dobrze, bo mój zawodnik będzie bronił mojego honoru.

Co w takim razie sprawi, że będzie pani czuła taką samą radość, jak w Katarze: złoto, srebro, w ogóle medal?

- Najważniejsze, żeby Wojtek sam był zadowolony ze swojego startu i żeby dobrze rzucał technicznie. A myślę, że jeśli już będzie dobrze rzucał technicznie, to będzie walczył.

Jest teraz jakoś inaczej, niż w czasach, gdy razem lataliście na zgrupowania, ale w roli zawodników?

- Nie, zasady są takie same. Powiedzmy, że teraz mam czasem coś więcej do powiedzenia.

Po mistrzostwach Polski na początku czerwca Wojciech Nowicki mówił, że te starty są dla niego przerywnikiem w ciężkim treningu. A mimo tego zrobił świetne wyniki, w Chorzowie, czy niedawno w Paryżu to było ponad 81 metrów. Pani podopieczny czuje już moc?

- Budowaliśmy i budujemy formę na mistrzostwa świata, zostały nam jeszcze dwa tygodnie, więc spokojnie. Wszystko powinno złożyć się na dobre przygotowanie fizyczne, ale dopiero sam start pokaże, ile dobrego zrobiliśmy. Cały okres był dla nas dobry, teraz wszystko zostaje już w rękach Wojtka. Nic w te ostatnie dwa tygodnie nie zmienimy. Oby tylko to, co wypracowaliśmy, szło jeszcze w górę.

U nas nie ma czegoś takiego, jak tylko sam odpoczynek

Jak będą wyglądały te ostatnie dni przed 15 lipca: relaks, odpoczynek?

- Oczywiście, że trenujemy dalej, bo u nas nie ma czegoś takiego, że nic nie robimy. Lecimy do Seattle, tam na spokojnie po jednym trningu dziennie. No i też jakiś odpoczynek.

Kibice ostrzą zęby na rywalizację Pawła Fajdka z Wojtkiem Nowickim. A pani jak na to teraz patrzy? Kiedyś była pani między nimi na zgrupowaniach, teraz jest już w jednym obozie z mistrzem olimpijskim.

- Rywalizacja była zawsze, ale chłopaki i tak wiodą prym, bo jak nie jeden wygrywa, to drugi. I jak nie jestem daleko rzuca, to drugi. Tyle że nie tylko oni są mocni. Amerykanie ostrzą sobie zęby na medale na swoim stadionie, jest Norweg, wicemistrz olimpijski, Bigot daleko rzuca. Ta rywalizacja będzie spora.

Na poziomie 81 metrów, by zdobyć medal?

- Nie wiem, okaże się na starcie. Wszyscy będą przygotowani, obstawiam, że możemy mieć ciekawy konkurs.

Awans do finału często uwalnia głowę

Ostatnio zwykle było tak, że to panie wypełniały trzy miejsca w najważniejszych imprezach, a u mężczyzn to byli raczej tylko Nowicki i Fajdek. Teraz doszedł do nich jeszcze Marcin Wrotyński z pani byłego klubu OŚ AZS Poznań. Ma szansę już teraz wejść na poziom 78-79 metrów?

- Nie mnie to oceniać, ale fajnie, że już zaczął daleko rzucać. Widziałam dwa jego konkursy, dużo pracuje, ale też trener Grzegorz Nowak powtarza, że aby ustabilizować formę, musi pracować. My się śmiejemy, że będzie gryzł chłopaków od spodu.

Wśród kobiet jest tylko za to Malwina Kopron, a jeszcze rok temu w Tokio byłyście we trzy. W tym roku miała jeden dobry wynik w Chorzowie, ale później już tylko słabsze. Powinniśmy się bać o medal?

- Nie oceniam jej pracy i tego, jak rzuca, bo to różnie bywa. Będzie miała bardzo ciężko, jeśli chodzi o wywalczenie pozycji medalowej. Dziewczyny są regularne i daleko rzucają. Tyle że mistrzostwa świata mają swoje prawa, a najważniejsze, to przejść kwalifikacje. Później można już wszystko, awans do finału często uwalnia głowę.

Rozmawiał Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL