Reklama

Reklama

Biegaczka Melanie Myrand porównuje epidemię do maratonu i rusza na pomoc

Rzeczywistość zweryfikowała marzenia wielu sportowców. Tej biegaczce motywacji i życiowej siły może jednak zazdrościć niejeden mistrz. Melanie Myrand dystans maratoński pokonuje w niewiele ponad 2 godziny i 33 minuty. Miały być próby pobicia rekordu Quebecu, olimpijskie przygotowania, a jest praca pielęgniarki w dobie epidemii łączona z miłością do biegania i wiarą w to, że we wrześniu wszystko znów będzie normalne.

Pasja, marzenia, ciężka praca i zdrowie. Taki pakiet jest niezbędny do tego, aby osiągnąć sukces na tak trudnym dystansie, jakim jest maraton. Nie ma taryfy ulgowej, a im wyższy poziom, tym bardziej liczą się detale.

Reklama

Melanie Myrand w ubiegłym roku zanotowała świetny wynik, przebiegając maratońską linię mety w Rotterdamie w 2 godziny 33 minuty i 20 sekund. Ten rezultat pozwolił jej dołączyć do reprezentacji Kanady na mistrzostwach świata w Dausze. Tam upał i wysoka wilgotność powietrza pokazały, że nie zawsze siła i szybkość wystarczą. Liczy się głowa. Spora część lekkoatletek z wyczerpania została wówczas wywieziona na wózkach inwalidzkich, a spośród 70 biegaczek, 28 nie podołało wyzwaniu. Myrand przezwyciężyła swoje słabości i zajęła 27. miejsce w światowym czempionacie.

Plan na 2020 rok był ambitny. 34-latka chciała pobić rekord Quebecu w maratonie (2:29.28), następnie założyć rodzinę, tak aby być może przygotować się do zdobycia minimum na igrzyska w 2024 roku. Na horyzoncie pojawiła się przeszkoda - koronawirus.

Jako dyplomowana pielęgniarka, swoje sportowe ambicje musiała zastąpić służbie pacjentom. Nie rezygnuje z marzeń. Pracę przeplata treningami, ale jak sama mówi, wszystkich nas czeka teraz inny rodzaj maratonu.

"Myślę, że to będzie maraton. Wiem, że staramy się zachować nadzieję, że wkrótce to wszystko się skończy. Mówimy, że za miesiąc lub dwa, ale myślę, że to zajmie trochę czasu. Czasami na trasie maratonu zużywamy całą naszą energię fizyczną i emocjonalną już na początku i potem nam jej nie starcza" - mówi biegaczka, zauważając, że wyjście z kryzysowej sytuacji może potrwać.

Lekkoatletka kontynuuje treningi. Biega każdego dnia do 75 minut. Nie ma pewności, że we wrześniu będzie mogła zmierzyć się ze swoim maratońskim celem, ale nadal przygotowuje się do startów.

"Maraton daje nam narzędzia w życiu do wykorzystania w momentach, gdy jest ciężko. Widzę bardzo zestresowanych pacjentów. Niektórzy doświadczają leku, borykają się z depresją lub mają nawroty chorób na podłożu psychicznym. Jest pewne, że ćwiczenia fizyczne w tej chwili bardzo pomagają. Można zmienić nastawienie i cieszyć się piękną pogodą" - dodała kanadyjska biegaczka.

Myrand ma świadomość, że praca w służbie zdrowia jest ryzykowna i raz na zawsze może przekreślić jej marzenia. Z drugiej strony, kończąc wybrany przez siebie kierunek studiów, wiedziała, że pisze się na ewentualną pracę, która wiąże się z pewnym odsetkiem niebezpieczeństwa dla zdrowia.

"Nie chciałabym zarazić się koronawirusem. Prawdopodobnie miałabym minimalne objawy, gdyby mi się to przydarzyło. Moim priorytetem teraz jest bycie pielęgniarką. Drugie to bycie biegaczką. Jeśli się zarażę, nie będę mogła biegać jak wcześniej, ale takie są teraz moje priorytety. W razie potrzeby jestem w stanie narazić się na ryzyko" - dodała zdeterminowana sportsmenka.

Na takie przewartościowanie celów pewnie nie każdy byłby w stanie się zdecydować. 34-latka niedawno wspomniała bieg na mistrzostwach świata. Wspomniała go właśnie w kontekście obecnej sytuacji.

"42 stopnie o północy były dla mnie ogromnym ryzykiem tego, że nie dam rady ukończyć tych zawodów. Teraz znów staję przed nieznanymi wyzwaniami, czasem znów spędzanym przy łóżku. Nie pracowałam jako pielęgniarka od ponad pięciu lat, ale tym razem mamy nowego wirusa, zmieniającego sposób opieki nad pacjentami. Pracujemy w hotelu, a nie w szpitalu, aby oddzielić zakażonych od innych chorych. Myślę, że może to może być analogicznym wyzwaniem jak tamten maraton" - dodała tym razem za pośrednictwem mediów społecznościowych ambitna biegaczka, która jest wdzięczna za to, że sport dał jej psychiczne i fizyczne predyspozycje, aby sprostać trudnościom w życiu codziennym.

Być może za cztery lata Melanie Myrand będzie oklaskiwana na mecie olimpijskiego maratonu w Paryżu. Teraz podobnie, jak podczas biegu kształtuje charakter i zdobywa doświadczenie, aby za pewien czas móc być z siebie jeszcze bardziej dumną niż wtedy w Dausze.


Dowiedz się więcej na temat: maraton | bieganie | koronawirus | Melanie Myrand

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje