Reklama

Reklama

Artur Partyka: Rozpoczęliśmy mistrzostwa Europy z wysokiego C

Aleksandra Lisowska podczas mistrzostw Europy w lekkoatletyce zdobyła złoto w maratonie, a polska drużyna brązowy medal. – Oby było jak u Hitchcocka, bo zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem niech temperatura niech jeszcze rośnie – mówi Artur Partyka, dwukrotny medalista olimpijski.

Andrzej Klemba, Interia: W przewidywaniach przed mistrzostwami polskie maratonki nie były faworytkami do medalu.

Artur Partyka: Lisowska to zawodniczka, która w ostatnich latach sygnalizowała niezłą formę. można było spodziewać, że powalczy o czołową ósemkę. Jeśli chodzi jednak o wygraną i styl, w jakim to zrobiła, to coś niesamowitego. Występ Lisowskiej to duże zaskoczenie. Trochę mi to przypomniało Katarzynę Zdziebło i jej dwa medale w mistrzostwach świata w chodzie sportowym. W marcu zajęła trzecie miejsce w Pucharze Świata i można było liczyć, że w Eugene będzie w czołowej ósemce. I zaskoczyła wszystkich medalami. Niespodzianką jest postawa także pozostałych maratonek, bo to pierwszy w historii medal drużynowy. Skład na mistrzostwa Europy to był strzał w dziesiątkę.

Reklama

Lisowska już na mecie powiedziała, że nie był to bieg, który kosztował ją wszystkie siły i miała jeszcze energię.

- Rzeczywiście tak to wyglądało, w przeciwieństwie to Zdziebło, która w Eugene była wykończona, zwłaszcza po drugim starcie. Odniosłem wrażenie, że za tydzień będzie mogła pobiec kolejny maraton. Może jesienią wystartuje w którymś z prestiżowych biegów maratońskich np. w Japonii. Na trasie w Monachium kluczowy był podbieg, który rozdzielił zawodniczki w najwyższej formie od tych trochę słabszych. Lisowska cały czas kontrolowała bieg. Chowała się za rywalki, by tracić trochę mniej sił. Henryk Szost mówił, że też tak robił, by nie wystawiać się na wiatr. W perspektywie całego biegu może to mieć znaczenie. Dwie godziny i 28 minut Lisowskiej to świetny czas, bo trasa w Monachium nie jest talk płaska jak w Berlinie czy Rotterdamie. Zaczęliśmy mistrzostwa z wysokiego. Jak u Hitchcocka, w którego na początku było zawsze trzęsienie ziemi, a potem jeszcze temperatura rosła. Oby tak było z postawą polskich lekkoatletów w na tych mistrzostwach.

Lisowska ma 32 lata i wchodzi w najlepszy wiek dla maratończyków. W tym wieku Wanda Panfil zdobyła mistrzostwo świata.

- Ma jeszcze dobrych kilka lat, by biegać jeszcze szybciej. Trzeba jednak pamiętać, że mistrzostwa Europy to nie jest ten poziom, co Igrzyska Olimpijskie i mistrzostwa świata. Tam Polka raczej nie będzie walczyła o medale. Afrykańscy zawodnicy są trudni do doścignięcia. Trzeba biegać pięć minut szybciej. Już w przyszłym roku mistrzostwa świata w Budapeszcie. Miejsce w ósemce, to będzie wielka sprawa. Mamy jednak kilka zawodniczek, które mogą dać nam sporo radość na dużych imprezach w maratonie.

Weekly Athletics wyliczy, że w Monachium Polska zdobędzie 12 medali. Mamy dwa "nadprogramowe".

- Ja stawiam, że zdobędziemy 10 medali. Po mistrzostwach świata w Eugene słyszałem, że polska lekkoatletyka jest w kryzysie. Życzyłbym sobie takich kryzysów i zdobycia czterech medali. Co to będzie, jak wyjdziemy z kryzysu. Jesteśmy w trakcie zmiany pokoleniowej. Sporo czołowych zawodników zakończyło karierę jak Kamila Lićwinko, Piotr Małachowski, Adam Kszczot czy Marcin Lewandowski, a Anita Włodarczyk doznała kontuzji. To jest dla nas trudny okres i po igrzyskach olimpijskich w Paryżu dojdzie do zmiany warty w naszej kadrze. W mistrzostwach Europy właściwie od 1998 roku startujemy bardzo dobrze i zdobywamy sporo medali. To taka polska lekkoatletyka wsja 2.0. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL