Reklama

Reklama

Anita Włodarczyk: Rekord świata? Czemu nie

Anita Włodarczyk (Skra Warszawa) jest bardzo dobrze przygotowana do walki o złoty medal lekkoatletycznych mistrzostw świata w Moskwie. Pewnie przeszła eliminacje i teraz zastanawia się, czy w piątkowym finale nie byłaby w stanie rzucić młotem po rekord globu.

- Środowy rzut był na zaliczenie. Potwornie się denerwowałam. Zwłaszcza po pierwszej spalonej próbie; chciałam po prostu cokolwiek zaliczyć. Weszłam do koła, zakręciłam i technicznie wyszło to bardzo słabo, ale najważniejsze, że poleciało - oceniła.

Reklama

Młot wylądował na 76,18. Po zakończeniu rywalizacji okazało się, że to najlepszy rezultat eliminacji.

- Byłam zdziwiona jak się na tablicy pojawił taki wynik. Przekonana byłam, że młot nie poleciał wcale dalej niż 73 metry. Nawet nie dokończyłam obrotu, jak wyrzucałam. Ostatnie dwa były też bardzo wolne. Nie wiem dlaczego byłam tak zestresowana - dodała.

Zawodniczka Skry uważa jednocześnie, że to bardzo dobry objaw. - Jeśli przy takim obciążeniu psychicznym, tak słabej technice jestem w stanie uzyskać rezultat powyżej 76 metrów, to bardzo dobry prognostyk przed finałem.

Włodarczyk jest pewna, że do tego wyniku jest w stanie coś dołożyć. Ile? - Jeśli będzie rywalizacja w trakcie konkursu, to mam nadzieję, że wszystko potoczy się jak na igrzyskach w Londynie, a może i lepiej. Rekord świata? Nie mówię nie. Zobaczymy. W tym celu musi się jednak wszystko bardzo dobrze poukładać, zwłaszcza odpowiednia dyspozycja dnia.

Jedna rywalka już jej odpadła - eliminacji nie przeszła brązowa medalistka londyńskich igrzysk Niemka Betty Heidler.

- To dla mnie wielkie zaskoczenie. Widziałam trzeci rzut i technicznie bardzo słabo zakręciła. Od razu przypomniałam sobie mistrzostwa Europy w Helsinkach, kiedy też odpadła w kwalifikacjach. Nie wiem co się stało - przyznała.

Podopieczna Krzysztofa Kaliszewskiego będzie jedną z największych rywalek Rosjanek, które typowane są tutaj do podium. Kibice liczą przede wszystkim na mistrzynię olimpijską Tatianę Łysenko.

- Ja się nie obawiam tego, że będą mnie wrogo traktować. Już tutaj startowałam i mile to wspominam - zaznaczyła mistrzyni świata z 2009 roku.

Najgorsze dla niej będzie teraz czekanie. - Męczyło mnie to już teraz przed eliminacjami. Najchętniej już w czwartek bym rzucała. Nie lubię tego. Teraz jeszcze trochę porzucam młotem 5-kilogramowym, w czwartek pójdę na siłownię, przed finałem jeszcze jakiś spacer i walka - powiedziała.

Paweł Fajdek (Agros Zamość), który w poniedziałek wywalczył złoto w tej samej konkurencji, w eliminacjach wystąpił bardzo podobnie. Pierwszą próbę spalił, by drugą zakwalifikować się do finału. - Oby tak się skończyło jak u Pawła - dodała.

Taktyka na finał? - Pierwsze rzuty nie będą va bank. Postaram się najpierw coś zaliczyć, żeby mieć spokojną głowę, a później idę na całość. Albo się uda, albo nie. Dokładnie w ten sam sposób mówił przed finałem Fajdek...

Włodarczyk nie obawia się również sytuacji, w której to rywalki w pierwszej próbie rzucą bardzo daleko. - Poradzę sobie z tym. Zresztą widać to było w Londynie. Nie przerzuciłam ostatecznie Tatiany, ale w każdej próbie do niej się zbliżałam. Będzie miała o tyle przewagę, że jest u siebie i kibice będą ją dopingować. Ja zajmę się sobą - zaznaczyła mistrzyni Europy z Helsinek.

Była rekordzistka świata nie zamierza jednak brać ze sobą do plecaka biało-czerwonej flagi. - Wierzę w to, że jeśli będzie co świętować, to ktoś mi ją na pewno rzuci - zaznaczyła.

Na eliminacje przyszła z bardzo wypchanym plecakiem, a na finał zamierza wziąć... walizkę.

- Miałam parasolkę, dwie pary butów, dwa ortaliony, cztery butelki wody, pas, rękawice, koszulki. Musiałam być przygotowana na wszystko, bo jak wstałam przed siódmą, to były straszne błyskawice, grzmoty - wspomniała.

Z Moskwy Marta Pietrewicz

Dowiedz się więcej na temat: Anita Włodarczyk | Betty Heidler | Tatiana Łysenko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje