Reklama

Reklama

500 kilometrów Romana Ficka przez Beskidy. Magia gór, której nikt inny wcześniej nie doświadczył

Spisując postanowienia noworoczne, pokonanie Głównego Szlaku Beskidzkiego można sobie obrać za cel do zrealizowania w dwanaście miesięcy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałby przecież, że ponad 500 kilometrów górskim szlakiem da się pokonać w cztery dni. Roztrząsanie za i przeciw i kierowanie się rozsądkiem nie leży jednak w naturze ultramaratończyków. Wykonalność danego zadania trzeba sprawdzić na własnej skórze. - Zapragnąłem robić coś ciekawego – coś innego niż każdy, coś, czego nikt jeszcze nie zrobił – powiedział Roman Ficek, który niedawno przywdział na głowę niewidoczną koronę króla Beskidów.

Wyobrażasz sobie włożyć buty, zarzucić na ramiona mały plecak z paroma setkami kalorii i zapasem wody, a potem samotnie wyruszyć w 500-kilometrową drogę przez Beskidy, aby przez następne cztery dni, dzień i noc, niemal non stop biec?

Reklama

To wyzwanie, któremu mało kto jest w stanie sprostać. Pewnie po ziemi chodzi wielu mocarzy, chętnych do osobistego rozprawienia się z nowym rekordem Głównego Szlaku Beskidzkiego. Chęci nie oznaczają jednak działania, a silne ciało często nie zawsze idzie w parze z silną głową.

Roman Ficek biega po górach od siedmiu lat. Swoją przygodę ze sportem rozpoczął dopiero, mając 24 lata. Przedtem osoba, która dzisiaj dla wielu jest inspiracją, nie miała nic wspólnego ze sportem, cierpiąc przy tym na męczącą przypadłość braku pasji.

- Moje zainteresowania kręciły się wokół innych rzeczy - grania na komputerze i spotkań towarzyskich. Nigdy nie miałem swojej pasji, tak wielkich marzeń i tak wykreowanej przyszłości, jak mam teraz. Mieszkam w górach i przebywam w nich od dziecka. Pewnego dnia wyszliśmy ze znajomymi i z siostrą na wschód słońca na Babią Górę. Czułem wtedy chęć posiadania pasji, pragnąłem jej i chciałem robić coś ciekawego. Po tamtym wyjściu na szczyt o wczesnym poranku coś we mnie kliknęło, zasiało się ziarenko i pomyślałem o zdobywaniu gór. Na początku myśli krążyły wokół bycia alpinistą i wspinaczce. Do tego wszystkiego potrzebowałem jednak dobrej kondycji. Zacząłem biegać, ćwiczyć i jeździć na rowerze. Tak to wszystko zaczęło się kręcić, że bieganie doszło do takiej skali jak teraz - powiedział Roman Ficek, który w 107 godzin i 25 minut bez wsparcia przebiegł Główny Szlak Beskidzki, liczący 500  kilometrów, ustanawiając tym samym nowy rekord na tej trasie.

To nie pierwsza tego typu ekstremalna wyprawa biegowa Ficka. Przed rokiem jego łupem padł Łuk Karpat, który pokonał w 39 dni i 11 godzin. Jeśli nadmienić, że miał do czynienia z odcinkiem 2300 kilometrów ze 100 tysiącami metrów przewyższenia, ostatni wyczyn ultramaratończyka wydaje się pestką.

Pestka ta dojrzewała jednak długo do rozmiarów owocu, jakim teraz są sukcesy na skalę ultra. Chęcią realizacji wielkich marzeń biegacz zaraził się od himalaistów. W końcu, jak marzyć, to na wielką skalę.

- Moją inspiracją są polscy himalaiści. Wzoruję się na żyjących osobistościach, jak i tych, którzy już odeszli, jak Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka. Wsłuchiwałem się w to, jak zdobywali szczyty oraz, co ciekawego doświadczyli w swoim życiu. Po tych opowieściach lub audycjach radiowych zapragnąłem też robić coś ciekawego - coś innego niż każdy, coś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Postanowiłem, że będę biegał po górach, zdobywając je w całości, całym ciągiem. Wiedziałem, że rzadko kto, a właściwie nikt nie robi takich rzeczy. Nikt nie porywa się na tak wielkie wyzwania - wspomniał autor biegowych wyzwań.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje