14 setnych lepiej od rekordu Polski dawało awans. Polacy wciąż z szansą
Po trzech rywalizacjach sztafetowych w Gaborone polska kadra mogła być zadowolona - mikst 4x400 m oraz kobiecy zespół 4x100 m wywalczył przepustki do finału. I zagwarantował sobie miejsce w przyszłorocznych mistrzostwach świata. A później ruszyli najszybsi panowie, z Dominikiem Kopciem, ale bez Oliwera Wdowika. Skazani na pożarcie, w piekielnie silnej stawce. Już wiedzieli, że aby myśleć o finale, będą musieli poprawić rekord kraju.

Rok temu w Kantonie polscy sprinterzy zaskoczyli - fenomenalna ostatnia prosta Dominika Kopcia sprawiła, że uzyskali sensacyjny awans do finału. Będący przepustką do jesiennych MŚ w Tokio. A zasady były trudniejsze niż teraz - z czterech biegów kwalifikowały się po dwa najlepsze zespoły, czasy nie miały znaczenia.
Później, w tym ostatnim biegu, popełnili błąd techniczny, niemniej sukces i tak pozostał.
Dziś w Gaborone były trzy biegi eliminacyjne: awans też dawały dwa pierwsze miejsca, ale nadzieja pozostawała także dla innych sztafet, z trzecich czy nawet czwartych miejsc. Kluczowe znaczenia miały czasy, dwa najlepsze dawały miejsce w finale. I gwarancję startu w MŚ w Pekinie za niemal półtora roku.
World Relays. Najszybsi Polacy na starcie. I to aż czterech. Sztafeta walczyła o przepustki do MŚ w Pekinie
RPA z Akanim Simbine, Wielka Brytania z Jeremiahem Azu czy Zharnelem Hughesem, dobre ekipy Ghany i Nigerii, nieobliczalni Chińczycy i Hindusi. Polska nie wylosowała dobrego zestawu, to było od początku jasne. Zwłaszcza że w naszej kadrze zabrakło Oliwera Wdowika, który kontuzji doznał niedługo przed startem.
Już pierwsze dwie serie pokazały, że w warunki w Gaborone - świetna pogoda, upał idealny dla sprinterów - mają wpływ na wyniki. Amerykanie wygrali w 37.77 s, za nimi byli Botswańczycy z Letsile Tebogo na ostatniej prostej (37.96 s) i Holendrzy (38.00 s). A w drugiej triumfowała Kanada (37.56 s), przed Niemcami (37.67 s) i Australią (37.87 s).
Te czasy podajemy nieprzypadkowo - rekord Polski to bowiem 38.15 s. Gdyby nasz zespół nie znalazł się na pierwszym bądź drugim miejscu, awans do finału mógłby uzyskać wyłącznie wyraźnie bijąc rekord kraju. Co jednak, bez Wdowika, wydawało się nierealne.
O ile w rywalizacji kobiet sporo było błędów technicznych, zgubionych pałeczek czy przekroczonych stref zmian, to panowie tu raczej nie zawodzili.
Zaczynał Patryk Krupa, na drugiej zmianie biegł Mariusz Siuda, później po łuku Łukasz Żok, kończył zaś Dominik Kopeć. Rok temu awans do finału wywalczyli Krupa i Kopeć.
O cudzie jednak nie było mowy, Polacy walczyli z Indiami o... siódmą pozycję. Czas 38.91 s, rok temu było jednak w półfinałach o niemal pół sekundy szybciej. To było jednak tylko przetarcie - na niedzielę zaplanowano nie tylko finały, ale też i baraże. W nich pozostaną do rozdania cztery przepustki do mistrzostw świata w Pekinie.
A w tej ostatniej serii triumfowała RPA (37.68 s), awans do finału wywalczyła też Wielka Brytania (38.01 s). O jedną setną tę przepustkę przegrali zaś Chińczycy.













