0.003 sekundy różnicy na mecie, nerwy polskiego asa. Pozostało tylko czekać
To może być właśnie ten dzień, gdy po 39 latach pobity w końcu zostanie rekord Polski Mariana Woronina. Jeden z tych legendarnych naszego króla sprintu, na 60 metrów pod dachem. Głównym kandydatem jest Oliwer Wdowik, blisko tamtego legendarnego wyniku był trzy lata temu Dominik Kopeć. Obaj nasi najlepsi sprinterzy najpierw musieli jednak przebrnąć eliminacje. A już tu w swoich seriach mieli niezwykle mocnych rywali. Szybko przekonał się o tym Kopeć.

6.51 s - tyle od 1987 roku wynosi rekord Polski na 60 metrów. Należy oczywiście do Mariana Woronina, choć ten czas jest mniej kojarzony, co nie dziwi, niż równe 10 sekund na 100 metrów. Przez te 39 lat młodsi rodacy pana Mariana zbliżali się do tego rezultatu, byli blisko pobicia. Także i Dominik Kopeć, który przecież w finale HME w Stambule trzy lata temu uzyskał czas 6.53 s. Tyle samo miał trzeci wtedy Henrik Larsson - fotofinisz wykazał, że Szwed był o jedną tysięczną lepszy.
W tym sezonie lepszy z naszych był jednak ten młodszy - Oliwer Wdowik. I to jego półtora tygodnia temu Marian Woronin namaścił na potencjalnego rekordzistę kraju. Sprinter Resovii w finale mistrzostw Polskim, na tej samej bieżni, uzyskał 6.54 s, ale finiszował z ręką w górze, mógł na tym trochę stracić.
Najwyższa forma naszych zawodników miała jednak przyjść właśnie na drugą połowę marca, na najważniejszą imprezę półrocza. A całego roku, jeśli spojrzymy tylko na samą halę.
Halowe mistrzostwa świata. Pierwsze występy Oliwera Wdowika i Dominika Kopcia na 60 metrów
Zmagania sprinterskie w hali zaczynają się i kończą w ten sam dzień, ale mają aż trzy etapy. Eliminacje w sesji przedpołudniowej, półfinały w wieczornej, kilkadziesiąt minut po nich - już finał. Oczywistym jest, że żaden z wielkich tego dystansu nie zaryzykuje bicia jakiegokolwiek rekordu już rano. To okazja do przetarcia, sprawdzenia tartanu w warunkach bojowych. Tyle ze jeżeli ktoś regularnie nie biega poniżej 6.60 s, musi już teraz walczyć o życie.

W każdej z siedmiu serii awans do kolejnego etapu uzyskiwało trzech najlepszych biegaczy, stawkę miało uzupełnić trzech dodatkowych z najlepszymi czasami. I to też istotne, w razie złego losowania i mocnych rywali. Te dodatkowe miejsca dwa lata temu w Glasgow dawał czas 6.66 s, rok temu w Nankinie - 6.67 s. Wdowik w tym sezonie zawsze biegał szybciej, nawet w różnych eliminacjach. Kopeć zazwyczaj też, mogliśmy spodziewać się więc awansu obu naszych sprinterów.
Dominik pojawił się już w pierwszej serii, aż trzech rywali miało lepsze tegoroczne rekordy od niego, a jeszcze dodatkowo był tu Samuele Ceccarelli, czyli włoski mistrz Europy ze Stambułu. Z tamtego finału, gdy Polak przegrał medal o 0.001 sekundy. Teraz biega wolniej, ale to wciąż wielkie nazwisko.
Słuszne to były obawy, czy Polak znajdzie się w trójce. Nie było tu dużych różnic, Polak jednak stracił trochę na starcie, później na pierwszych 20 metrach. Wygrał Holender Taymir Burnet (6.56 s), później był Nowozelandczyk Tiaan Whelpton (6.58 s). A następnie trzech zawodników wpadło niemal równocześnie, Ceccarelli patrzył się jeszcze w bok na Kopcia. Obaj mieli 6.62 s, Włoch okazał się lepszy o 0.003 s. Ale też Portorykańczyk Eloy Benitez uzyskał 6.62 s, on zajął piątą pozycję.

- Cieszę się, że dostałem się do półfinału - mówił w TVP Sport Kopeć. Tyle że tak dobrze się nie stało, musi czekać niemal do godz. 11, aż do końca siódmej serii. I patrzeć, jakie rezultaty uzyskają zawodnicy spoza najlepszych trójek.
W drugiej serii takiego zawodnika nie było, w trzeciej - już tak. Hiszpan Guillem Crespi uzyskał 6.61 s, był czwarty. I na "gorącym krześle" usiadł przed Polakiem.
Nerwy zrobiło się trochę większe, ale dwie kolejne serie były - przynajmniej na poziomie czwartych czasów - wolniejsze. Zostały jeszcze dwie, w przedostatniej wystąpił Wdowik.
Polak kiepsko zaczął, ale później pokazał to, czym imponował w ostatnich występach. Prędkością na dystansie. Z piątego miejsca przesunął się na drugie - wygrał zaś Brytyjczyk Jeremiah Azu (6.55 s). Wdowik uzyskał 6.60 s, trzeci Japończyk Yoshihide Kiryu zaś 6.62 s. Tyle co Kopeć. Ale Polak czekał na wynik czwartego zawodnika, a ten był słabszy (6.63 s). I znów mógł odetchnąć. Został więc ostatni wyścig, istotny był w nim piąty wynik.
A tu zrobiło się niebezpiecznie, bo aż pięciu zawodników finiszowało blisko siebie, a czas... się nie zatrzymał. Okazało się jednak, że ten bieg był wolniejszy, trzeci zawodnik miał tu 6.64 s.
Obu Polaków zobaczymy więc w wieczornych półfinałach.













